Politycy cały czas myślą o wyborach prezydenckich

Publikacja w serwisie: 20 April 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , ,

- Poza wymiarem ludzkim i państwowym, tragedia w Smoleńsku ma również wymiar polityczny. Przyniesie ogromne przetasowania na scenie politycznej – mówi prof. Jarosław Macała, politolog z Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Politycy się do tego nie przyznają, ale w trakcie żałoby muszą myśleć o wyborach prezydenckich. Terminarz jest nieubłagany. Pełniący obowiązki głowy państwa marszałek Sejmu Bronisław Komorowski datę wyborów poda 21 kwietnia. Według Konstytucji wybory muszą się odbyć w dniu wolnym od pracy w 60 dni od ich zarządzenia. Marszałek miałby więc do wyboru dwie niedziele: 13 i 20 czerwca. Ogranicza go jednak ordynacja, która nakazuje zgłoszenie komitetów wyborczych w Państwowej Komisji Wyborczej najpóźniej 55 dni przed wyborami. To oznacza, że wybory mogą się odbyć tylko w jednym terminie – 20 czerwca (ewentualna druga tura 4 lipca). To daje komitetom wyborczym zaledwie 15 dni na zebranie 100 tys. podpisów poparcia dla kandydata. Zgłoszenie komitetów w PKW wraza z 1 tys. podpisów musi nastąpić do 26 kwietnia, a kolejne 99 tys. podpisów komitety muszą dostarczyć PKW do 6 maja.

Jak najkrótsze bezkrólewie

- Chodzi o to, żeby jak najkrótszy był okres “bezkrólewia”, w którym obowiązki głowy państwa pełni osoba bez mandatu wyborczego – komentuje dla “GL” prof. Piotr Winczorek, współtwórca Konstytucji.
Tomasz Nałęcz, Ludwik Dorn i Marek Jurek zapowiadają, że wycofają się ze startu. W katastrofie zginęło dwóch kandydatów: prezydent Lech Kaczyński (nie ogłosił tego oficjalnie, ale jego start był pewnikiem) oraz Jerzy Szmajdziński z SLD. – Największe partie nie mogą sobie pozwolić na to, żeby nie wystartować w wyścigu do prezydentury – mówi prof. Macała. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, zarówno PiS, jak i SLD muszą więc znaleźć nowych kandydatów.

Szmajdziński uosabiał politykę zwierania szeregów partii lansowaną przez szefa SLD Grzegorza Napieralskiego. Kto inny mógłby być zwornikiem dawnego i nowego SLD? Jolanta Szymanek – Deresz, była szefowa kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego. Ale i ona zginęła w tragedii sprzed tygodnia. Jak donosi czwartkowy “Dziennik Gazeta Prawna”, były premier Włodzimierz Cimoszewicz “po Smoleńsku” podtrzymał deklarację, że nie wystartuje. “Rzeczpospolita” podała, że były prezydent Aleksander Kwaśniewski będzie teraz namawiał Grzegorza Napieralskiego, by SLD poparł Andrzeja Olechowskiego. Jedynym oprócz Olechowskiego pewnym kandydatem na prezydenta jest więc marszałek Komorowski z PO.

Jarosław na prezydenta?

Jako kandydat PiS może wystartować Jarosław Kaczyński. – Ze względu na swoją, powiedzmy, wyrazistość, Jarosław Kaczyński uchodzi za polityka “niewybieralnego”. Gdyby jednak zdecydował się na start i wykorzystał ten dramat, miałby szansę wybory wygrać, bo Polacy są narodem skorym do kierowania się współczuciem. Nie wiemy jednak, czy tak cyniczną strategię mógłby w ogóle rozpatrywać – komentuje prof. Macała. Jarosław Kaczyński jest zdruzgotany śmiercią najbliższych, ale wystartować w wyborach może – i to wcale nie przez cynizm. Otóż braciom Kaczyńskim można było zarzucić wszystko, ale nie to, że kierują się prywatą, a nie dobrem państwa. To, co w ich ocenie służyło temu dobru, bywało inaczej odbierane przez różne grupy społeczne. Obaj bracia wierzyli jednak w swoją misję. Dziś Jarosław może więc uznać, że jego obowiązkiem jest “kontynuowanie dzieła Lecha”.

Na liście ewentualnych kandydatów PiS pojawia się były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. W tak nadzwyczajnych okolicznościach PiS mógłby szukać kandydatów wśród dawnych członków tego ugrupowania takich jak Kazimierz Ujazdowski, Marek Jurek, Ludwik Dorn czy Kazimierz Marcinkiewicz, były premier z Gorzowa. Ten ostatni miałby realne szanse na elekcję, ale swoje perspektywy przekreślił nie tyle konfliktem z Jarosławem Kaczyńskim, co medialnym cyrkiem miłosno-rozwodowym. PiS ma też ten kłopot, że z większością swoich liderów rozstawało się z hukiem. Dziś można sobie wyobrazić pojednanie i w takiej skali, ale prędzej PiS będzie szukał kandydatów, którzy opinii społecznej nie kojarzą się politycznie. Już pojawiają się nazwiska prof. Zyty Gilowskiej, członka Rady Polityki Pieniężnej, czy prof. Michała Kleibera, doradcy prezydenta Kaczyńskiego.

Pustka w polityce

Sobotni dramat osłabił wszystkie partie. Na pokładzie prezydenckiego samolotu byli prezydenccy ministrowie Paweł Wypych i Władysław Stasiak, znane twarze PiS-u: Zbigniew Wassermann, Przemysław Gosiewski, Grażyna Gęsicka, Aleksandra Natalii-Świat, wiceszef klubu parlamentarnego PO Grzegorz Dolniak, Izabela Jaruga-Nowacka z lewicy, Maciej Płażyński, posłowie PSL… – Miejsce tych, którzy zginęli, zajmą ludzie, którzy dziś są w drugim albo nawet trzecim szeregu. Będą potrzebowali czasu na zdobycie doświadczenia, obniży się więc sprawność partii – przewiduje Piotr Klatta, politolog z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Gorzowie. Przede wszystkim politycy będą musieli zacząć wreszcie uczyć się na własnych błędach. Dwa lata temu rozbił się samolot wojskowy CASA z 20 żołnierzami, w tym 16 wysokimi oficerami na pokładzie.

Zapowiadano wprowadzenie procedur, które uniemożliwią podróżowanie tak dużych grup oficerów jednym samolotem. I co? Na pokładzie prezydenckiego Tupolewa zginęli szefowie sztabu generalnego, wojsk lądowych, morskich, powietrznych i operacyjnych, ale też Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Narodowego Banku Polskiego, IPN, rzecznik praw obywatelskich… Jak to oceniać, skoro np. zarząd Coca Coli nie lata jednym samolotem, żeby nie ryzykować?… Przy okazji wróciła dyskusja o jakości rządowych samolotów. Choć jeszcze nie wiadomo do końca, co było przyczyną tragedii, prof. Macała komentuje ostro: – Polscy politycy woleli korzystać z latających trumien niż odważnie powiedzieć społeczeństwu, że trzeba kupić im nowe.

Zginęła polska elita

Marek Surmacz z Gorzowa jest ministrem w kancelarii prezydenta RP. Był na wstępnej liście pasażerów prezydenckiego samolotu (w Miednoje zginął jego dziadek), ale zrezygnował z powodu wypadku w rodzinie. – Pod Smoleńskiem zginęła polska elita – mówił nam w dniu tragedii. – Naiwnością byłoby jednak sadzić, że dramat zmieni polskich polityków. Nie sądzę, żebyśmy nawet w tej kampanii wyborczej stali się innymi ludźmi. Ale nas wszystkich, ludzi różnych obozów, powinno to skłonić do zastanowienia nad sensem różnych zachowań. Bo jak dziś, w świetle tak ogromnego dramatu, wyglądają tarcia między ośrodkiem prezydenckim a rządowym? – pytał Surmacz. Prof. Macała przypuszcza, że powtórzy się scenariusz z żałoby po śmierci Jana Pawła II. – Obawiam się, że najpierw politycy będą się bratać, ale później znów po staremu na siebie warczeć. Dramat na taką skalę mógłby ich skłonić do zastanowienia się nad tym, czy “po nas zostanie tylko chichot pokoleń” – mówi.

Mamy za sobą tydzień żałoby z typowo polskim sporem o pochówek prezydenckiej pary na Wawelu. Z drugiej strony – w tym tygodniu udowodniliśmy, że jesteśmy dojrzałym społeczeństwem rządzonym przez polityków z klasą. Ludzie, z małymi wyjątkami, nie snują spiskowych wizji dziejów. – Sposób przejęcia obowiązków głowy państwa przez marszałka, późniejsze jego decyzje są właściwe i wstrzemięźliwe – ocenia prof. Winczorek. Otwierają się perspektywy na prawdziwe porozumienie z Rosjanami. Świat nam współczuje, ale jednocześnie podziwia Polskę i Polaków za to, że w takich chwilach nie tracimy głowy.

Zbigniew Borek

Oceń artykuł:

tagi: , , , , ,

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters