Wieża miała obowiązek zamknięcia Siewiernego

Publikacja w serwisie: 05 July 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Po nieudanym lądowaniu rosyjskiego samolotu Ił-76 na lotnisku Siewiernyj powinno ono zostać zamknięte – uważają eksperci ds. lotnictwa. Przedstawiciele Urzędu Lotnictwa Cywilnego podkreślają, że gdy warunki atmosferyczne nie pozwalają na bezpieczne lądowanie, obsługa lotniska kieruje samoloty na lotniska zapasowe. Procedury te są szczegółowo regulowane w prawie lotniczym.

- Rosjanie mieli niezaprzeczalny obowiązek zamknięcia lotniska z powodu warunków atmosferycznych natychmiast po nieudanym lądowaniu Iła-76 – ocenia dr Tadeusz Augustynowicz, koordynator lotnisk wojskowych i wieloletni pracownik LOT. – Udzielenie polskiemu samolotowi zgody na podejście do lądowania jest sprzeczne z przepisami – podkreśla. Dodaje, że w takich warunkach atmosferycznych Tu-154M nie powinien być w ogóle wypuszczony z Warszawy na lotnisko w Smoleńsku, “gdyż panowały tam niedostateczne warunki meteorologiczne”. – Jeżeli już, to od razu na lotnisko zapasowe, jako port docelowy – wskazuje.
Andrzej Gieroczyński, dyrektor Departamentu Żeglugi Powietrznej Urzędu Lotnictwa Cywilnego, podkreśla, że zgodnie ze szczegółowymi regulacjami bezpieczeństwa lotów kontrolerzy ruchu lotniczego oceniają jego stopień w oparciu o prognozy meteorologiczne. Jeżeli warunki atmosferyczne są złe (np. obfite opady śniegu, deszczu, mgła, oblodzenie itp.), to wówczas nie pozwalają lądować na danym lotnisku, a samoloty są kierowane na lotniska zapasowe. – Są to ogólne zasady bezpieczeństwa, jeżeli jest zagrożenie, niespełnione są warunki minimum, jeśli chodzi o pogodę, to każdy kontroler ma obowiązek podjęcia właściwych działań – mówi. – Są ustalane minima, a kontroler musi dać zgodę na lądowanie – podkreśla. – Każdy musi mieć swoje plany awaryjne, podejmuje się takie środki, które są adekwatne do stanu zagrożenia bezpieczeństwa – dodaje.

Co potrafi radar, który był w Smoleńsku

Na zdjęciach ze smoleńskiego lotniska widać antenę radaru RSP-10 MN. Do tej pory opinia publiczna była informowana, że Tu-154M realizował tzw. podejście nieprecyzyjne, a więc bez użycia radaru precyzyjnego zbliżania PAR. Tymczasem RSP-10MN to stosunkowo dobrej jakości radar klasy PAR dający kontrolerowi zbliżania wszelkie potrzebne dane o kursie i wysokości samolotu i umożliwiający bezpieczne sprowadzenie samolotu przynajmniej do wysokości 60 metrów, w niektórych warunkach nawet do 30 metrów.

Producentem radaru jest ukraińska Aerotechnika. Urządzenie jest zmodernizowaną wersją sowieckich egzemplarzy. Jego przydatność w dużej mierze zależy od sposobu przetwarzania danych – większe są możliwości radaru ze skomputeryzowanym stanowiskiem dowodzenia. O obecności takiego stanowiska świadczą elementy klimatyzacji widoczne na zdjęciach smoleńskiej wieży.
Moskiewski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy nie podał w swoim komunikacie żadnych danych na temat wyposażenia lotniska, poza niedokładną pozycją dwóch radiolatarni niekierunkowych. Brakuje też podstawowych danych na temat radaru. Takie dane są tak samo ważne dla wyjaśnienia sprawy jak dane o samolocie, który uległ katastrofie. Taka procedura jest zgodna z międzynarodową praktyką wyjaśniania katastrof lotniczych.
Dane na temat radaru nie stanowią tajemnicy ani wojskowej, ani państwowej. Dlaczego wieża kontroli lotów ani razu nie żądała od pilotów podania informacji, na jakiej wysokości nad ziemią znajduje się maszyna? Odpowiedź na to pytanie może przynieść ujawnienie zapisów z rejestratorów na wieży kontroli. Rejestrowane są np. rozmowy telefoniczne z wieży. Natomiast nie jest absolutną koniecznością kwitowanie wysokości przez pilota. Jeżeli kontroler miał dobrze skalibrowany radar PAR, nie ma takiej potrzeby.
Augustynowicz uważa, że komenda wieży, aby samolot zszedł do 50 m, nie mogła paść, ponieważ to sugeruje, że kapitan samolotu nie wiedział, że przed lotniskiem jest jar o głębokości kilkudziesięciu metrów. – Kapitan Arkadiusz Protasiuk lądował w Smoleńsku ośmiokrotnie w ciągu ostatnich 6 lat, w tym przynajmniej dwa razy jako dowódca załogi Tu-154M. Znał więc dobrze topografię lotniska - stwierdza były pilot.
- Mam wrażenie, że niektóre artykuły prasowe pod pozorem zwrócenia uwagi na mankamenty w postępowaniu wieży kontroli i wyposażeniu lotniska sugerują w gruncie rzeczy poważne (i szkolne) błędy pilotów, a trzeba zaznaczyć, że kpt. Protasiuk był instruktorem i pilotem doświadczalnym – twierdzi Augustynowicz. – Piloci poruszali się w skrajnie niekorzystnych warunkach. I w tym kontekście należy oceniać ich postępowanie – kwituje.
Zenon Baranowski

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100703&typ=po&id=po02.txt

(Sobota-Niedziela, 3-4 lipca 2010, Nr 153 (3779))

Oceń artykuł:
(5.00)
głosów: 1
tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Komentarze: »

Jeśli uważasz że któryś komentarz nie powinien się tutaj znaleźć zgłoś to na adres:

admin@smolensk-2010.pl
  • mik :

    Pelny tekst na ten temat:

    Remigiusz Muś, technik pokładowy Jaka 40, który wylądował 10 kwietnia w Smoleńsku, potwierdził w rozmowie z TVN24, że kontroler z wieży w Smoleńsku zalecił załodze prezydenckiego Tupolewa zejście do wysokości 50 m. Informację o zeznaniach pilota Jaka, który ujawnił treść komendy, podała “Gazeta Polska”.

    Muś twierdzi, że słyszał, jak wieża podała pilotom liczbę „50” jako wysokość bezpiecznego zejścia samolotu. Pamięta też, że rosyjski Ił, który próbował lądować tuż przed Tu-154, również dostał od kontrolera komendę „50 metrów i być gotowym do odejścia” – i to podczas pierwszego i drugiego podejścia do lądowania.

    W przypadku polskiego Tu-154 – rosyjski kontroler wypowiedział komendę o 50 metrach, gdy drugi pilot Tu-154, Robert Grzywna, podał na wysokości 80–70 metrów komendę: “odchodzimy”. To dowodzi, że wieża kontrolna w Smoleńsku kierowała prezydencką maszynę do zderzenia z ziemią. Kontrolerzy na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj wiedzieli, że polski samolot był na fałszywej ścieżce schodzenia – był kierowany wprost w dolinę, głęboką na 60 metrów. Widoczność w pionie w rejonie lotniska wynosiła wówczas zaledwie 30 metrów. Zejście polskiego Tu-154 do poziomu 50 metrów oznaczało nieuchronne zderzenie ze zboczem kończącej się doliny.

    Co najciekawsze – komendy słyszanej przez Remigiusza Musia nie ma w stenogramach! W zapisie rozmów z kokpitu wieża mówi nie o 50, a 100 metrach. Oznaczałoby to, że stenogramy zostały sfałszowane. Pośrednio potwierdza to sam Muś w rozmowie z TVN24: Słyszałem, jak mówił wcześniej, że najniżej mogą zejść na 50 metrów i być gotowi odlecieć, jeśli nie zobaczą pasa. Nie na 100. Teraz: czy nasze słowa są bardziej wiarygodne, czy stenogram?

    Muś porusza jeszcze jedną ważną rzecz. Może ona świadczyć o prawdziwości hipotezy celowego zakłócania sygnału nawigacyjnego na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj. GPS wyprowadzał nas w lewo, a radiolatarnie w prawo. No więc lecieliśmy wypadkową. Gdy zobaczyliśmy światła APM-ów, tak jak mówiłem, trzeba było „dogiąć” w prawo. Ostatnio usłyszałem sugestię, że nasze karty podejścia nie są najaktualniejsze, że istnieją nowsze. Jeśli nawet tak jest, to nie otrzymaliśmy ich i lądowaliśmy – tak jak Tupolew – według kart, które mieliśmy w Pułku. Opatrzone są one datą „2006 r.”.Przed kwietniowymi lotami pytaliśmy stronę rosyjską – przez nasze MSZ – czy są uaktualnienia. Otrzymaliśmy odpowiedź, że nic się nie zmieniło. Dlaczego zatem GPS wszystkich wyprowadzał na lewo? Przecież TU-154 też schodziło na lewą stronę. Ił dwukrotnie tak samo – powiedział technik Jaka.

    Dodajmy, że 2 lipca – trzy dni po upublicznieniu przez “Gazetę Polską” zeznań por. Wosztyla (potwierdzonych właśnie przez Remigiusza Musia) – Naczelna Prokuratura Wojskowa poinformowała, że „stosownie do postanowień Wojskowego Prokuratora Okręgowego w Warszawie z dnia 30 czerwca 2010 roku oraz 1 lipca 2010 roku, do Prokuratury Okręgowej w Warszawie zostały przekazane materiały w sprawie publicznego rozpowszechniania, bez zezwolenia, wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy samolotu Tu-154M 101, dotyczące treści zeznań świadka Wiktora Ryżenki opublikowanych w dniu 25 czerwca 2010 roku w dzienniku »Rzeczpospolita« oraz zeznań świadka por. pil. Artura Wosztyla [...]”.

    Oznacza to, że dziennikarze stojący za upublicznieniem treści zeznań pilota Jaka-40 (pojawiły się one w „Gazecie Polskiej”, na portalu Niezależna.pl i w „Wiadomościach” TVP) mogą wkrótce mieć kłopoty. Problemów takich nie będą miały za to osoby, które oddały śledztwo w ręce Władimira Putina oraz politycy i urzędnicy państwowi współodpowiedzialni za oszukiwanie rodzin ofiar i opinii publicznej przy użyciu sfałszowanych (prawdopodobnie) stenogramów.

    (wg, TVN24.pl)

    http://niezalezna.pl/article/show/id/36252

    Godne uwagi sa tez komentarze pod w/w artykulem.

    Thumb up 0 Thumb down 0

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters