Czy pilot powiedział: “Patrzcie, jak lądują debeściaki”?

Publikacja w serwisie: 18 July 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , , , , , ,

Ujawniony w mediach fragment wypowiedzi jednego z członków prezydenckiego tupolewa, który 10 kwietnia rozbił się koło Smoleńska, nie jest jedyny. Chodzi o stwierdzenie najprawdopodobniej majora Arkadiusza Protasiuka: “Jak nie wyląduję(my), to mnie zabije(ją)”. Słowa te wstrząsnęły opinią publiczną i na nowo podsyciły pytania o ewentualne naciski na pilotów.

Jak udało się ustalić “Polsce”, na nagraniach czarnych skrzynek, które obecnie są analizowane przez polskich ekspertów w Warszawie i w Krakowie, jest więcej tego typu wypowiadanych zdań. Jedno z nich – według osoby zbliżonej do śledztwa – nie zostało jednak zawarte w stenogramie upublicznionym 1 czerwca. Miało ono brzmieć: “To patrzcie, jak lądują debeściaki”. Prawdopodobnie stwierdzenie to padło tuż po tym, jak załoga samolotu Jak-40 poinformowała prezydenckiego Tu-154 o pogarszającej się pogodzie i nieudanej przez to próbie posadzenia na pasie startowym w Smoleńsku wojskowego iła.

Co więcej, zastanawiające jest również to, że tuż przed odlotem Tu-154 do Smoleńska załogę samolotu odmeldował generał Andrzej Błasik. Zazwyczaj jest tak, że załogę głowie państwa odmeldowuje kapitan samolotu, czyli w tym przypadku major Arkadiusz Protasiuk. Wykonanie tej czynności przez generała Błasika mogło być odebrane jako spory nietakt i budzić wątpliwości co do tego, kto faktycznie był dowódcą owego feralnego lotu – Protasiuk czy Błasik. – Gdyby ściśle się trzymać procedur, których być może generał chciał przestrzegać, to kapitan samolotu powinien wpierw jemu się zameldować, następnie generał Błasik powinien zameldować się generałowi Gągorowi, ten z kolei kolejnym urzędnikom i dopiero wtedy szef kancelarii powinien zameldować prezydentowi – mówi nasz informator.

Piloci z 36. specpułku nie chcą jednak komentować słów, które wywołały wczoraj sensację. – Myślę, że słowa o tym, że ktoś kogoś zabije, jak ktoś nie wyląduje, należy raczej rozpatrywać z punktu widzenia rozgrywek politycznych. Owszem, w ciągu ostatnich dwóch lat zepsuła się atmosfera w czasie lotów z głową państwa, ale nawet jeśli takie słowa padły, to chyba tylko w ramach zażartowania – mówi nam jeden z pilotów, dodając, że w tym przypadku ważniejsze od zapisu rozmów pilotów są zapisy z rejestratorów parametrów lotu. – Minęły już trzy miesiące, a tych danych cięgle nie ma. To one powinny być ujawnione, a nie jakieś zdanie wyrwane z kontekstu – mówi nasz informator.

Niewykluczone, że pomóc rozwiązać zagadkę katastrofy w Smoleńsku może drugi Tu-154 z numerem 102, który obecnie znajduje się w Samarze, gdzie przechodzi gruntowny remont. Samolot ten jest wyposażony identycznie jak ten z numerem 101, który rozbił się pod Smoleńskiem. Za pomocą maszyny śledczy spróbują stwierdzić, jakie manewry usiłowała wykonać załoga pierwszego tupolewa i jak mogły wyglądać ostatnie sekundy tamtego tragicznego lotu, który zabrał życie 96 osób.

Atmosfera pracy w ciągu ostatnich dwóch lat uległa pogorszeniu, ale bez przesady. Nie chce mi się po prostu wierzyć, żeby tak bali się konsekwencji tego, że nie wylądują. Wcześniej zdarzały się takie sytuacje, że samolot nie lądował i nie było z tym problemu – mówią byli lotnicy z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Dodają zgodnie, że nawet jeżeli któryś z pilotów powiedział, że ktoś kogoś, w przenośni, zabije, jeśli ten nie wyląduje, to tylko w ramach czarnego poczucia humoru i prywatnych żartów. – Nie należy brać tego zdania wyrwanego z kontekstu dosłownie. To zwykła zagrywka polityczna i nic więcej – mówią piloci.

Ich zdaniem zastanawiające jest coś zupełnie innego. Mianowicie: dlaczego trzy miesiące po katastrofie brakuje nadal odczytów z urządzeń pokładowych tupolewa. Piloci twierdzą bowiem, że to one, a nie zapisy rozmów pilotów, mogą przynieść odpowiedź na pytanie, co się wydarzyło 10 kwietnia pod Smoleńskiem. – Warto byłoby przyjrzeć się działaniom silników, manewrom pilotów, usterzeniu – twierdzą lotnicy, zastanawiając się, dlaczego wciąż takich informacji nie ma.

W czwartek okazało się, że pomóc w rozwikłaniu zagadki prezydenckiego tupolewa z numerem bocznym 101, może pomóc bliźniacza maszyna znajdująca się obecnie w Samarze, gdzie przechodziła remont generalny. 102, bo taki jest numer tego samolotu, jest wyposażony identycznie jak ten, który uległ zniszczeniu. Według śledczych maszyna ma pomóc w stwierdzeniu, jakie manewry wykonał pilot, aby uniknąć uderzenia w ziemię. Dziś już wiadomo, że przybycie samolotu do Polski będzie opóźnione o miesiąc. Nie wiadomo jednak, czy z powodu prac śledczych, czy dlatego, że w czasie przeciągną się procedury związane z odbiorem maszyny od firmy serwisującej.

Nie wykluczone jednak, że wyprawa do Samary polskich ekspertów może mieć jeszcze jedno dno i to o wiele bardziej szokujące. Jak udało się ustalić “Polsce”, poprzedni tupolew, który przechodził remont w tych samych zakładach, rozbierany był na części bez dokumentacji technicznej. Inżynierowie, aby poskładać go później w całość, za każdym razem, kiedy wykonywali demontaż elementów maszyny, musieli wykonywać dokumentację takiej czynności, robiąc na przykład zdjęcia.


Efekt tego był taki, że po zakończonym remoncie Tu-154 stał jeszcze przez dłuższy czas w hangarze, bo czekano, aż wykonawca remontu usunie wszystkie zgłoszone usterki. – Możliwe, że teraz zwyczajnie chcą uniknąć podobnej sytuacji i stąd wysłanie komisji do Samary – mówi nasz informator. I dodaje: – To prymitywny serwisant i prymitywny samolot, więc żadnych cudów nie można się było spodziewać.

Wyklucza on jednocześnie taką oto możliwość, że komisja badająca przyczyny katastrofy smoleńskiej wsiądzie do drugiego tupolewa i spróbuje odtworzyć warunki tamtego lotu. Wbrew pozorom nie byłby to zły pomysł – mówią specjaliści. Na całym świecie przyjętą praktyką jest bowiem wprowadzenie danej sytuacji, kiedy np. doszło do katastrofy samolotu, takich samych warunków łącznie z usterkami, do symulatorów lotu. Dzięki temu piloci mogą w bezpiecznych warunkach uczyć się radzić sobie z podobnymi sytuacjami. Śledczy mogą też dzięki temu odtworzyć cały łańcuszek zdarzeń prowadzących do tragedii i skrupulatnie przeanalizować wszystkie dane lotu i manewry pilotów.

Rzecz jednak w tym, że na świecie nie ma nowoczesnego symulatora lotu Tu-154 z wizualnym odwzorowaniem lotu. Jedyne podobne urządzenie to znajdujący się w Moskwie trenażer. W przeciwieństwie do symulatora trenażer to sama kabina pilotów z umiejscowionymi przełącznikami, w którym co najwyżej piloci mogą ćwiczyć np. ustawianie w odpowiednich pozycjach przełączników. O symulacji, w której np. widać pas startowy, ukształtowanie terenu oraz panujące warunki pogodowe jak na przykład mgła czy deszcz, zwyczajnie nie ma mowy. – To bardzo archaiczne urządzenie i obecnie praktycznie nieprzydatne. Równie dobrze można byłoby wsiąść do kabiny samolotu i bawić się guzikami – mówią lotnicy. – Odbiór samolotu z firmy serwisującej też nie jest czynnością prostą. Najpierw Rosjanie muszą taki samolot oblatać, później przybywa nasza komisja, która ten samolot odbiera, potem nasi piloci muszą ten samolot jeszcze raz oblatać, więc nie ma mowy, że śledczy sobie do niego wsiądą i spróbują lądować w Smoleńsku – dodają.


Doświadczeni lotnicy mówią jednak, że presja wobec pilotów – zwłaszcza samolotów rejsowych – jest niemal zawsze. Często wiąże się ona z karami finansowymi nakładanymi na załogę. W najgorszym wypadku kończy się to wyrzuceniem pilotów z pracy. W dodatku wyrzuceniem z wilczym biletem. Po takim czymś ciężko im znaleźć pracę. Dlatego ich zdaniem sprawy presji nie należy zbytnio demonizować.

Jednak nawet w kwestii tego, czy miało to wpływ na decyzję pilotów, lotnicy są podzieleni. Podczas gdy jedni są zdania, że obecność np. gen. Błasika w kokpicie nie miała żadnego wpływu na załogę, inni uważają, że szefa wojsk lotniczy w ogóle nie powinno tam być. Zwłaszcza wtedy, kiedy piloci szykowali się do lądowania w ekstremalnych warunkach pogodowych. Podobnego zdania jest również wielu polityków. – Każdy, kto zapoznał się z zapisami lotu do Gruzji [prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2008 r. - red.], wie, jaka była tam presja. A teraz pewnie była większa. Wylądowanie o określonej porze było priorytetem bezdyskusyjnym – mówił w czwartek w TVN_24 Leszek Miller.
W 2008 r., kiedy to pilot odmówił lotu prezydentowi do Tbilisi, został on nagrodzony przez ministra obrony narodowej Bogdana Klicha. Wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości, jak np. śp. poseł Przemysław Gosiewski nazwał wtedy kapitana samolotu tchórzem i domagał się ukarania go. Poseł Gosiewski wystąpił wtedy też z pytaniem do ministra, czy takie zachowanie pilota jest zgodne z prawem. Efekt był taki, że pilot został odsunięty od lotów z prezydentem.

Co ujawniły pierwsze stenogramy z Tu-154
8.11:01 Drugi pilot major Robert Grzywna:
Nie no, ziemię widać… Coś tam widać… Może nie będzie tragedii.
8.25:05 Artur Wosztyl, Pilot jaka-40:
No, nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować. No, natomiast powiem szczerze, że możecie spróbować, jak najbardziej. Dwa APM-y są, bramkę zrobili, także możecie spróbować, ale… Jeżeli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć na przykład do Moskwy albo gdzieś.
8.26:19 Kapitan Arkadiusz Protasiuk:
W tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść.
8.26:43 dyrektor Mariusz Kazana: No to mamy problem…
8.30:32,7 dyrektor Mariusz Kazana: Na razie nie mam decyzji prezydenta, co dalej robić.
8.32:55,8 kapitan: Podchodzimy do lądowania. W przypadku nieudanego podejścia odchodzimy w automacie.
8.39:02,2 nawigator, kabina: Sterowanie przednim podwoziem mamy włączone. Mechanizacja skrzydeł…
8.39:07,5 gen. Błasik: Mechanizacja skrzydła przeznaczona jest do… (niezr.).
8.40:42,6 nawigator: 100 metrów.
8.40:42,6 ostrzeżenie systemu: PULL UP, PULL UP.
8.40:50,5 drugi pilot: Odchodzimy.
8.41:05,4 KONIEC ZAPISU

Łukasz Słapek

http://www.polskatimes.pl/fakty/kraj/282768,czy-pilot-powiedzial-patrzcie-jak-laduja-debesciaki,id,t.html#material_3

(2010-07-16 08:54:15, aktualizacja: 2010-07-17 10:35:01)

Oceń artykuł:

tagi: , , , , , , , , , ,

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters