UMOWA GAZOWA – SYMBOLIKA WASALI

Publikacja w serwisie: 19 September 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Mimo dość powszechnej świadomości, że ostatnie decyzje grupy rządzącej (zagarnięcie krzyża, zatrzymanie Zakajewa) służą przykryciu spraw istotnych, niewiele osób ma odwagę uwolnić się od przekazu narzuconego przez funkcyjne media. Dotyczy to nie tylko publicystów czy blogerów, ale przede wszystkim polityków opozycji, zwykle ślepo podążających za „piarowskimi” kombinacjami. Być może, dzieje się tak dlatego, że w obu tych ( i wielu innych z tego czasu) decyzjach zawarta jest sugestywna symbolika, pozwalająca dostrzec, że grupa rządząca III RP odrzuciła podmiotowość polityki państwa i wprowadza Polskę na najwyższy – wasalny stopień relacji z putinowską Rosją.

Podobnie jak matactwa wokół śledztwa dotyczącego tragedii smoleńskiej, czy niszczenie pamięci o Prezydencie Kaczyńskim, tak rezygnacja z napiętnowania zbrodni ludobójstwa i haniebna relatywizacja okupacji rosyjskiej w Czeczenii są faktycznie działaniem na rzecz interesów Rosji i nie znajdują żadnego usprawiedliwienia w polityce suwerennego państwa, jakim mieni się III RP. Szantaż stosowany przez Rosjan w sprawie organizacji Światowego Kongresu Narodu Czeczeńskiego, zawarty w oficjalnej tezie, iż zdarzenie to „zahamuje resetowanie, które zarysowało się w ostatnim czasie w stosunkach rosyjsko-polskich” pozwala dostrzec pozycję wyznaczoną Polsce przez kremlowskich „siłowników”.

Przekazy prasy rosyjskiej, jak i liczne wypowiedzi moskiewskich polityków nie pozostawiają wątpliwości, że rząd Donalda Tuska i inne organy państwa polskiego traktowane są jako adresaci żądań i wykonawcy poleceń. Na tak uwłaczającą relację pozwolono Rosjanom już we wrześniu 2009 roku, przyjmując jako podstawę przyszłego kontraktu gazowego dyrektywy płk Władimira Putina. Zaakceptowano ją ponownie, w okresie przygotowań do uroczystości katyńskich, pozwalając rosyjskim decydentom na wypowiedzi dyskredytujące Prezydenta Kaczyńskiego, rozgrywanie konfliktu na linii prezydent – premier, a w efekcie na narzucenie scenariusza zdarzeń prowadzącego do pułapki smoleńskiej.

Wszystkie późniejsze decyzje grupy rządzącej są logiczną konsekwencją wcześniejszych zaniechań, a nazwanie tego procesu „pojednaniem” stało się możliwe z chwilą śmierci ostatnich przedstawicieli polskiej elity i przypieczętowało ustalone już relacje.

Gdy z tej perspektywy spróbujemy oceniać zdarzenia ostatniego roku, nie sposób nie zauważyć, że ich główną osią jest sprawa wieloletniej umowy gazowej, prowadzącej do energetycznego uzależnienia Polski i uczynienia z naszego kraju rzecznika ekonomicznych interesów Rosji. Ta podstawowa, (a w dzisiejszym świecie równie ważna jak polityczna) zależność została już obnażona w związku z wezwaniem Komisji Europejskiej i zarzutami stawianymi przez unijnych urzędników. Ujawniła ją reakcja grupy rządzącej i wypowiedzi jej lidera Donalda Tuska, który stwierdził, że „Warszawa nie pozwoli, by nasze umowy gazowe były poddawane większym restrykcjom niż umowy innych krajów z tymi samymi eksporterami surowca” i zastrzegł, iż „umowa gazowa z Rosją zabezpiecza interes Polski i interesy polskich obywateli”.

Dotąd służalczy wobec unijnych urzędników szef rządu okazał się nagle „politycznym tygrysem”, gotowym za wszelką cenę bronić „interesów Polski i polskich obywateli”.

Jaki „interes Polski” chce bronić Donald Tusk dowodzą twarde fakty:

-     za gaz dostarczany z Rosji zapłacimy znacznie więcej, niż inni odbiorcy (330 USD 1000m/3) ze świadomością, że cena ta będzie wzrastać,

-        stawki za tranzyt gazu, jakie Gazprom ma płacić Polsce są niższe nawet od stawek, jakie Rosjanie płacą Białorusi. Od marca br. za tranzyt 1 tys. m sześc. gazu na odległość 100 km Gazprom płaci Polsce równowartość 1,74 dol.(Białorusi – 1,88, Ukrainie – 2,74)

-        zrezygnowaliśmy z roli decydenta i wpływów w zarządzie i radzie nadzorczej spółki tranzytowej EuRoPol Gaz poprzez niekorzystne zapisy w jej statucie, wykluczenie spółki Gas Trading i zaniżenie dochodów spółki z tranzytu i rocznego zysku do 21 mln zł rocznie,

-        zrezygnowaliśmy z zasądzonych (przez rosyjski sąd) 25 mln dolarów od Gazpromu za tranzyt w 2006 roku oraz należności za kolejne  trzy lata w wysokości ok. 180 mln dolarów,

-        zobowiązaliśmy się do odbioru 10,25 mld m sześć. gazu w 2011r., co stanowi blisko 2,8 mld m3 więcej niż odbieramy teraz w ramach kontraktu jamalskiego i 11 mld m sześc. w latach 2012-2037,

-        za nadwyżki gazu zapłacimy, niezależnie od tego czy zostaną wykorzystane,

-        nadzór nad polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego powierzyliśmy firmie zależnej od Gazpromu, (to zagrożenie było jednym z powodów reakcji KE)

-        przyznaliśmy Gazpromowi monopol na tranzyt gazu przez leżący na terenie Polski rurociąg do roku 2045,

-        godząc się na utrzymanie indeksacji ceny gazu do cen ropy do 2037 r. skazaliśmy się na wysokie ceny tego paliwa przez cały okres umowy,

-        podpisując kontrakt na 27 lat godzimy się na dyktat cenowy Gazpromu i przyznajemy Rosji monopol na dostawy gazu,

-  rezygnujemy z poszukiwań i eksploatacji własnych źródeł energii (gaz łupkowy) oraz z polityki dywersyfikacji dostaw.

Ta ostatnia kapitulacja staje się oczywista w kontekście już podjętych, (a przemilczanych przez media) decyzji. W marcu 2008 roku doszło w Ministerstwie Gospodarki do samo rozwiązania Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii, a zarządzeniem nr.39 z dn.14 czerwca 2010 roku Donald Tusk. dokonał likwidacji Zespołu do spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego, który zajmował się dotąd opracowaniem polityki bezpieczeństwa energetycznego państwa i przedstawiał propozycje inicjatyw dotyczących polityki energetycznej na forum międzynarodowym. Uczynił to, mając zapewne świadomość zbyteczność tych organów, bowiem od dnia podpisania kontraktu z Rosją polityka energetyczna III RP zostanie podporządkowana interesom kremlowskich decydentów. Pod wielkim znakiem zapytania stawia to również inwestycję gazoportu w Świnoujściu.

Biorąc pod uwagę, że umowa gazowa zawiera liczne, szczegółowe załączniki, a grupa rządząca nie informuje Polaków o uzgodnieniach z Gazpromem, wolno się spodziewać, że mieści ona szereg innych, równie niekorzystnych dla Polaków rozwiązań jak wyżej wymienione, a cały proces jej negocjacji był pasmem klęsk i ustępstw strony polskiej.

Na jakiej podstawie zatem Donald Tusk twierdzi, że zabezpiecza interesy Polaków?

Warto zwrócić uwagę na jeden argument, bo jest on w istocie esencją wasalnych relacji, łączących tę grupę z płk Putinem.

Otóż w dzisiejszym wywiadzie dla „Sygnałów dnia” w I PR Tusk wyznał, że podstawowa korzyść z umowy ma polegać na „zabezpieczeniu Polski na długie, długie lata w gaz, a przede wszystkim zabezpieczenie Gazociągu Jamalskiego to był priorytet nie tylko mojego rządu, tylko że mojemu rządowi udało się to wreszcie uzyskać”. Usłyszeliśmy też, że „najważniejszym zadaniem dla polskiego rządu jest nie ideologiczne wojny z jakimś państwem, tylko zabezpieczenie polskich domów w trwałe dostawy gazu, na długie lata. I za cenę, która jest ceną porównywalną z innymi takimi kontraktami. I to uzyskaliśmy”.

Na jakich warunkach zawarto kontrakt – wskazałem powyżej. Tylko indolencji (a zapewne i tchórzostwie) dziennikarza  zawdzięczamy, że nie zadano Tuskowi kilku, konkretnych pytań o „porównywalność” z innymi kontraktami by obnażyć hipokryzję tej wypowiedzi.

Istotne jednak jest to, że premier Polski za niebywały sukces uznaje „zabezpieczenie Polski na długie, długie lata w gaz”, insynuując jakoby okres 27 lat ( na jaki zawarto umowę) dawał Polakom szczególną gwarancję nienaruszalności i bezpieczeństwa energetycznego.

Trudno o bardziej fałszywy argument i wie to każdy, kto śledził losy umów z Rosją na przestrzeni ostatnich lat.  Szantaż gazowy, tzw. „przykręcenie kurka” stanowił popularną i często wykorzystywaną broń w kontaktach z tymi państwami, które miały nieszczęście podpisania długoletnich kontraktów z Gazpromem lub uzależniły się od jego rurociągów. Przykłady Ukrainy, Białorusi czy Turkmenistanu, (by wymienić tylko ostatnie przypadki) świadczą nadto wymownie do czego prowadzi wiązanie się „na długie lata” z Moskwą.

Trzeba też przypomnieć, że nadal obowiązuje umowa gazowa z Rosją z roku 1993 (podpisana wówczas przez W.Pawlaka) zawarta do roku 2022 i to Gazprom w roku 2009 wymusił na Tusku renegocjację tej umowy na szczeblu rządowym, stosując szantaż po zerwaniu dostaw gazu przez spółkę RosUkrEnergo. Nikt nie zagwarantuje, że sytuacja nie powtórzy się w przyszłości, tym bardziej gdy w spółce –operatorze rurociągu Rosjanie będą mieli głos decydujący. Ogłaszanie przez prasę rosyjską kolejnych „kryzysów gazowych” w Polsce lub wieszczenie przyszłych „zapaści energetycznych” stało się od dawna skuteczną metodą dyscyplinowania rządu III RP, ale też mocnym i chętnie stosowanym straszakiem wobec polskiego społeczeństwa.

Jest zatem oczywiste, że „długie, długie lata” kontraktu z Gazpromem,  na jakie skazuje nas grupa rządząca nie stanowią żadnej gwarancji bezpieczeństwa dostaw gazu, uzależniają nas natomiast od politycznych „kaprysów” Rosji.

Nie jest też prawdą, jakoby Polska musiała podpisać kontrakt z Gazpromem nie mając innych, alternatywnych rozwiązań. Takiej tezie zaprzeczyło samo PGNiG, potwierdzając, iż ma zawarty także kontrakt z niemiecką spółką E.ON AG. Spółka ta była w stanie dostarczyć nam gaz pod warunkiem, że będzie zgoda polityczna na przesył tego surowca np. z kierunku ukraińskiego.

Nie jest również tajemnicą, że Rosja traktuje eksport swoich zasobów energetycznych jako narzędzie ekspansji gospodarczej i politycznej, służące wzmocnieniu jej pozycji strategicznej. Z tego powodu długoletnia umowa międzypaństwowa odgrywa w rosyjskiej polityce tę samą rolę, jaką w czasach Związku Sowieckiego odgrywała ideologia komunistyczna lub czołgi i rakiety Czerwonej Armii, strzegące nienaruszalności interesów Imperium Sowieckiego. Czy taką strategię nazwiemy ideologią podboju czy  określimy mianem gry politycznej, nie ma większego znaczenia wobec faktu, że rosyjski gaz to podstawowy instrument władzy kremlowskich decydentów. Kto tego nie chce dostrzec, nie powinien w ogóle zajmować się polityką.

Zatem premier rządu, który twierdzi, iż „zadaniem dla polskiego rządu nie są ideologiczne wojny z jakimś państwem”,sugerując, że w sprawie umowy chodzi wyłącznie o kwestie ekonomiczne jest albo kompletnym ignorantem, nie nadającym się na żadne stanowisko państwowe albo politycznym sabotażystą, przedkładającym obcy interes nad interesy własnych obywateli. To jedno zdanie Donalda Tuska doskonale obrazuje nie tylko hipokryzję grupy rządzącej, odżegnującej się od „kwestii ideologicznych” w imię iluzorycznych, nieokreślonych korzyści ekonomicznych, ale przede wszystkim porażającą słabość i zależność wobec dyktatu Rosji.

Jeśli bowiem wierzyć Tuskowi – dla którego podstawowa wartość kontraktu gazowego z Rosją polega na długotrwałości – pozostaje przyjąć za pewnik, że w całej sprawie chodzi o jak najdłuższe i najściślejsze związanie polskiej gospodarki z interesami Rosji. Bez względu na straty i zagrożenia własne. Czy nie jest to w istocie „ideologia” wasalna, w której wartością nadrzędną pozostaje interes hegemona, przykryty kilkoma  propagandowymi hasłami? Czy fakt, że Rosja zażyczyła sobie negocjowania i podpisania umowy na szczebli rządowym – choć tego rodzaju kontrakty w Europie zawierają między sobą spółki handlowe – nie świadczy, że obecna grupa rządząca ma formalnie stać się zakładnikiem tej umowy i zawrzeć personalny „pakt” z płk Putinem?

Mając na uwadze, że w umowie brakuje wyrazistych, ekonomicznych pożytków, jej podstawowym celem będzie długoletnie i wyniszczające związanie naszej gospodarki potrzebami rosyjskich eksporterów źródeł energii i uczynienie z Polski organizmu uzależnionego od paliwowego „krwioobiegu” Federacji Rosyjskiej. W powiązaniu z rolą „konia trojańskiego” wspomagającego Rosję w europejskiej ekspansji politycznej i militarnej, taka koncepcja wydaje się logiczna i korzystna w długofalowej strategii podboju Europy.

Wydaje się zatem, że właśnie umowa gazowa jest tym najważniejszym kluczem do zrozumienia scenariusza zdarzeń z ostatniego roku i stanowi punkt centralny wokół którego rozgrywają się inne, mniej lub bardziej symboliczne dramaty. Wszystkie one będą jedynie odbiciem koncepcji, która leży u podstaw traktatu gazowego.

17 września 2010

http://cogito.salon24.pl/

http://cogito.salon24.pl/212397,kon-trojanski-rosji

http://cogito.salon24.pl/227381,umowa-gazowa-ostateczna-normalizacja

Oceń artykuł:
(5.00)
głosów: 4
tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Komentarze: »

Jeśli uważasz że któryś komentarz nie powinien się tutaj znaleźć zgłoś to na adres:

admin@smolensk-2010.pl
  • Tymczasowy :

    Zadluza Polske do granic mozliwosci splacania dlugow. Sprzedadza przdsiebiorstwa za czapke sliwek. Sprzedadza ziemie i lasy.Poczawszy od atrakcyjnych obiektow w Warszawie. Na koniec zostanie Wawel i Tatry. Jezeli znajdzie sie kupiec, to tez spyla.
    Kto na koniec bedzie gasil swiatlo?

    Thumb up 0 Thumb down 0

  • Lora :

    Faktycznie ambicją obecnie rządzących jest, byśmy byli “rzecznikiem ekonomicznych interesów Rosji” – jak to konkretnie zostało ujęte w tekście.

    Jest to de facto jedyna lub jedna z niewielu ambicji tego rządu.

    Wydaje się, że taka postawa wynika, po pierwsze ze swoistego lenistwa i braku własnych ambicji (niezwiązanych z ambicjami wielkich tego świata) oraz braku wizji państwa Polskiego jako państwa, które ma własny kierunek rozwoju; po drugie, powodowana jest zachwytem (swoistym oczarowaniem) Rosją, i putinowskimi planami ekspansji na Zachód, planami rozwoju, itd. Wydaje się, że obecnie rządzący widzą w tych planach szansę dla Polski. Jeśli jest się rzecznikiem czyichś interesów to dostaje się za to wynagrodzenie. I na takie wynagrodzenie dla Polski (i dla siebie) obecna władza zdaje się liczyć. Przecież o ambicjach bycia rzecznikiem pomiędzy Rosją a krajami UE Polski Rząd mówi wprost. Słyszałam takie sformułowania.

    Abstrahując od wszystkich wątpliwości, które zostały w tekście poruszone, a także od katastrofy smoleńskiej, powstaje pytanie:
    Co my de facto będziemy z tego mieć, że tak dziarsko i z pewnym poświęceniem będziemy wspierać Rosję w jej marszu na Zachód w kierunku struktur unijnych, oraz wspierać jej rozwój (a eksport gazu na Zachód jest jednym z warunków tego rozwoju) i demokratyzację? Celowo używam tych sformułowań, które wprost pochodzą od polskich władz i z dywagacji dziennikarzy, którzy analizują posunięcia obecnego Rządu.

    Osobiście nie sądzę, by Rosja zamierzała wejść w struktury unijne, a jej dążenia demokratyczne to tylko pozory. Na razie większość Rosjan nie jest tym zainteresowana. Większość Rosjan zainteresowana jest pełnym garnkiem i świętym spokojem. Mentalnie woli rządy silnej ręki, nawet reżimowe.

    A więc, co my z tego będziemy mieli? Czy faktycznie wzrośnie nasza pozycja na arenie międzynarodowej, jak sobie to wyobraża obecna władza?
    Jeśli mięlibyśmy postawę partnerską i potrafili twardo negocjować warunki takie, które byłyby zadowalające dla Rosjan i korzystne dla nas, to na pewno tak.
    Bo przecież umówmy się: Rosji zależy na tym bardziej niż nam, by podpisać z nami umowę o dostawie gazu. Jesteśmy jednym ze źródeł zbytu. A więc to my powinniśmy być rozgrywającym.

    Tyle, że trzeba mieć charakter, a nie jedynie “znać swoje miejsce w szeregu” i „myśleć realnie” (takie sformułowania często słyszymy od rządzących polityków). Bo co to znaczy „myśleć realnie”? Kto jest w stanie ocenić, co jest realne, a co nie? Czy człowieczeństwo (ba, ewolucja w ogóle), postęp, rozwój to nie jest właśnie ciągłe przekraczanie granic pomiędzy tym, co jest realne, a co jest poza zasięgiem?

    Próbuję tutaj powiedzieć, ze obecny Rząd niekoniecznie musi mieć złe intencje. Jakoś nie bardzo sobie wyobrażam, żeby ci wszyscy ludzie na stanowiskach w Rządzie i w PO byli ludźmi zżartymi Złem do szpiku kości, którzy nic tylko knują po kątach jak tu napchać sobie kabzę i zniszczyć Polskę.

    Wg mnie jest tak, że ci ludzie są jak obywatele Rosji, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że Polska to coś więcej niż “obszar”, na którym od wieków rozgrywa się konflikt interesów dwóch wielkich sąsiadów. By jednak móc myśleć, że Polska to po prostu kraj, jak jeden z wielu, który ma własne cele, własne interesy, własną godność, własną wielkość i historię, brakuje im tego, co teraz się nazywa z hiszpańska – cojones.

    I to jest ta największa różnica, którą można zaobserwować między aktualną władzą a PiSem. Ci drudzy mają wizję państwa, którego naród zasługuje na normalność. I nie mówią, że polskość to nienormalność. Jak można w ogóle używać takich sformułowań, nie dołując Polaków? Czyli co: albo odrzucamy polskość i jesteśmy normalni, albo pogrążamy się w nienormalności? To tak jakby komuś powiedzieć: „Jesteś idiotą. Nie chcesz być idiotą to przestań być sobą”. Trzeba kogoś bardzo nie lubić, by tak powiedzieć.
    A przecież każdy naród ma swoją historię i swoje czasem nieco dziwaczne dla postronnych cechy.
    Zawsze mamy wybór: czy wstydzić się swoich cech, czasem przywar, czy zrobić z nich użytek i polubić siebie z całym swoim inwentarzem.

    Tymczasem obecny Rząd zachowuje się schizofrenicznie: z jednej strony nawołuje do tego, by Polska odcięła się od swoich martyrologicznych korzeni, twierdząc właśnie, że Polskość to nienormalność, obrażając w istocie Polaków, dołując nas niemiłosiernie, chwiejąc naszą tożsamością; z drugiej strony tę nienormalność czynnie buduje poprzez utrwalanie tego schematu w realnych posunięciach, że Polska jest między młotem a kowadłem, na linii Wschód/Zachód, że mamy swoją ważną rolę, itd., itd. Że, jednym słowem znów jesteśmy Mesjaszem narodów.
    Gdzie tu logika?

    W istocie bardziej PIS chce odciąć się od tych martyrologicznych i mesjanistycznych korzeni niż PO.

    Mamy za sobą 200 lat zaborów. I tak jak Rosja nigdy w istocie nie była demokratycznym krajem i mentalność Rosjan jako poddanych Mateczce Rosji jest historycznie ukształtowana, tak my jako naród nosimy w sobie zalążek Wolności i wielkości z dawnych wieków wolnej Polski, ale przydeptany i zakurzony.
    Bo jaka mamy historię? Na 238 ostatnich lat licząc od 1772 roku (pierwszy rozbiór) mamy za sobą raptem 41 lat wolnej Polski (nie liczę tu II wojny światowej, która była kataklizmem), przy czym ledwie po 20 latach cieszenia się wolnością, tuz po wojnie znów ją nam zabrano. Czy takie zdarzenie nie musiało wywołać w Polakach traumy?
    Czy tak długie poddaństwo (pomimo aktywności ruchów narodowowyzwoleńczych) nie musiało ukształtować w nas postawy wasala właśnie? Kornego cielaka, który dwie matki ssie? Niestety musiało.

    Rzecz w tym, czy chcemy to zmienić czy nie. Ostatnie wybory pokazały, że większość Polaków nie chce. I nie dlatego, ze powierzyło rządzenie grupie politycznej, która jest cała w swej masie z gruntu zła. Ale dlatego, że to grupa miękka, bez wielkich ambicji dla Polski. Bo przecież, jak powiedział swego czasu pan Bartoszewski (niegdysiejszy wielki autorytet): “Polska to brzydka panna bez posagu”. A skoro tak, musimy tak tańczyć jak nam zagrają, a w wielu kwestiach przynajmniej sprawiać takie pozory. I będzie trwał ten chocholi taniec.
    Jak to się skończy? Utrata tożsamości, która juz postępuje? Utrata państwa? A może po prostu utrata możliwości?
    Osobiście nie chcę wiedzieć.

    “Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór: czapkę wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur.”
    Mam nadzieję, ze te słowa nie przyjdzie nam zaśpiewać nad Polską, ale tym, co teraz rządzą, na odchodne.

    I tego sobie i nam wszystkim życzę. Mam nadzieję, że ten zalążek wolności i wielkości przekazywany z pokolenia na pokolenie zwycięży nad małością i złudnym poczuciem misji w kontaktach między wielkimi tego świata.

    Thumb up 0 Thumb down 0

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters