Co to za umowa, której w praktyce nie ma?

Publikacja w serwisie: 27 September 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , ,

Rosjanie mają z góry ustalony wynik śledztwa: przyczyny katastrofy z 10 kwietnia leżą wyłącznie po stronie polskiej, i to najlepiej po tej stronie polskiej, która w niej zginęła. Fakt, że taką tezę mogą z łatwością przeforsować w swoich dokumentach śledczych, wynika ze skandalicznych zaniedbań rządu PO – PSL w pierwszych dniach po tragedii

Wszelkie ustalenia dotyczące jakiejkolwiek dziedziny, jeżeli w ogóle mają mieć jakiekolwiek znaczenie w praktyce, muszą być z Rosjanami sporządzone na piśmie. O jakichkolwiek jednostronnych aktach ze strony przywódców rosyjskich, a już na pewno o dżentelmeńskich porozumieniach, zapomnijmy. Nie bądźmy naiwni.

Profesor Krystyna Pawłowicz poddała krytyce (którą z pokorą przyjmuję) m.in. moje stanowisko zawarte w artykule “Umowy nie było, ale czy nie mogło być?”, opublikowanym w “Naszym Dzienniku” 8 września br. Pani Profesor na łamach “Rzeczpospolitej” (21 września) dowodzi, że rozmowa premiera Donalda Tuska z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem w dniu katastrofy smoleńskiej miała charakter wiążącej ustnej umowy międzynarodowej albo przynajmniej charakter “aktu jednostronnego państwa” lub “porozumienia dżentelmeńskiego” (gentleman’s agreements). Rodzi się w tym miejscu pytanie – wobec tego, co to właściwie było? Czy mogły to być jednocześnie wszystkie trzy formy aktu prawnego na płaszczyźnie publicznego prawa międzynarodowego? A jeśli tak, to jakie tak naprawdę ma to znaczenie?

Praktyczna wartość umów

W artykule z 8 września br. napisałem m.in., że słowna deklaracja prezydenta Federacji Rosyjskiej Dmitrija Miedwiediewa o wspólnym prowadzeniu śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej przez polskich i rosyjskich prokuratorów nie ma charakteru umowy międzynarodowej, nawet jeśli deklaracja ta została przyjęta przez stronę polską. Wskazałem również, że wiążące umowy międzynarodowe mają wyłącznie formę pisemną, i taką właśnie umowę powinien niezwłocznie po katastrofie przygotować polski rząd, czego niestety zaniechał. Stanowisko to podtrzymuję pomimo krytyki (częściowo zasadnej) ze strony Pani Profesor. Z kilku powodów.
Po pierwsze, nie ma najmniejszej wątpliwości, że realne znaczenie w praktyce stosunków między dwoma państwami, a zwłaszcza stosunków z takim państwem jak Rosja, mają wyłącznie umowy sporządzone w formie pisemnej. Jedynie w takich umowach mogą być uwzględnione najistotniejsze postanowienia dotyczące szczegółów – w tym wypadku szczegółów współpracy polskich i rosyjskich prokuratorów w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy smoleńskiej. Tylko postanowienia takich umów mogą być w rzeczywistości egzekwowane i mogą stanowić realną podstawę konkretnych decyzji i działań.
Po drugie, jeśliby dokładnie przeanalizować stanowisko Pani Profesor w tej sprawie, to wynikałoby z niego, że w praktyce każda oficjalna rozmowa dwóch przywódców państwowych, dotykająca konkretnych spraw i problemów, miałaby charakter ustnej umowy międzynarodowej. A przecież tak nie jest. W praktyce stosunków międzynarodowych tego rodzaju ustne ustalenia pomiędzy najważniejszymi ośrodkami władzy są jedynie punktem wyjścia do sporządzenia właściwych umów, które dopiero po ich podpisaniu (ratyfikacji) stają się realną podstawą do podejmowania działań i ewentualnie wysuwania roszczeń pod adresem tej strony umowy, która nie przestrzega jej treści.
Po trzecie w końcu, co zaznaczyłem już na wstępie, również Pani Profesor nie do końca jest przekonana, jak właściwie zakwalifikować ustne ustalenia prezydenta Miedwiediewa i premiera Tuska z 10 kwietnia br. To niezdecydowanie widać w tekście: “wydaje się, iż w omawianym przypadku można bronić tezy, iż telefoniczna rozmowa premiera Polski z rosyjskim prezydentem miała (…) cechy zarówno ustnej umowy, jak też jednostronnego aktu Rosji, przyrzeczenia złożonego premierowi polskiemu. Gdyby się uprzeć, to można by się tu doszukiwać cech dżentelmeńskiego porozumienia”. Co to zatem w końcu było?
Dalej Pani Profesor, znów z pewną dozą niepewności, pisze: “jeśli zaś uznamy, iż premier zawarł w uproszczony sposób np. ustną umowę ze stroną rosyjską (…)”. No właśnie, “jeśli uznamy”. To sformułowanie znakomicie charakteryzuje praktyczną wartość umów ustnych. Są one po prostu bardzo względne.
Faktem jest, że w nauce prawa międzynarodowego wyróżnia się wszystkie te formy prawne, wskazywane przez Profesor Pawłowicz, jako źródła prawa międzynarodowego. Faktem jest również, że pominąłem rozważania na ten temat w moim tekście z 8 września w “Naszym Dzienniku”. Ale nie zrobiłem tego, jak jednoznacznie sugeruje Pani Profesor, ze względu na “płochliwą, samoograniczającą się, skrajnie dogmatyczną prawną postawę”, tylko ze względu na realizm prawniczy (nazwijmy to w ten sposób), który podpowiada, że czysto akademickie dyskusje na temat możliwych teoretycznie źródeł publicznego prawa międzynarodowego nie mają po prostu sensu w tym miejscu. Nie trzeba bowiem być wnikliwym obserwatorem politycznej i prawnej rzeczywistości, aby stwierdzić, że z kim jak z kim, ale właśnie z Rosjanami wszelkie ustalenia dotyczące jakiejkolwiek dziedziny, jeżeli w ogóle mają mieć jakiekolwiek znaczenie w praktyce, to muszą być sporządzone na piśmie. O jakichkolwiek jednostronnych aktach ze strony przywódców rosyjskich, a już na pewno o dżentelmeńskich porozumieniach, zapomnijmy, nie bądźmy naiwni.
W tym miejscu wypada raz jeszcze posłużyć się cytatem z wywodu Pani Profesor: “jeśli zaś uznamy, iż premier zawarł w uproszczony sposób np. ustną umowę ze stroną rosyjską w sprawie prowadzenia wspólnego śledztwa (…)”. Trzeba jednak zaraz zadać pytanie: i co z tego wynika, że uznamy? Otóż nic, nie można wyciągnąć żadnych konsekwencji z nieprzestrzegania przez Rosjan czy też przez rząd polski postanowień tej umowy. Co to zatem za umowa, która w praktyce nic nie daje? Umowa jest, a jakby jej nie było, ergo umowy nie ma w ogóle.

Zaniedbania rządu PO – PSL

Na tym jednak pragnę zakończyć polemikę z argumentacją Pani Profesor Pawłowicz, bo w gruncie rzeczy konkluzje na płaszczyźnie politycznej są wspólne dla Pani Profesor i mojego stanowiska: śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej zostało od początku źle ukształtowane, a stało się to, przynajmniej w dużej części, z winy polskiego rządu. Różnimy się tylko w podejściu do sprawy: Pani Profesor, podzielając stanowisko mecenasa Stefana Hambury, zdaje się twierdzić, że polski rząd powinien egzekwować postanowienia zawarte w telefonicznej rozmowie Tuska i Miedwiediewa w dniu katastrofy (co ja uważam za nierealne); ja zaś twierdzę, że rząd premiera Tuska powinien kuć żelazo póki gorące i natychmiast, w ciągu kilku dni od katastrofy, przedstawić Rosjanom do podpisu gotową umowę, która bazowałaby na publicznych solennych deklaracjach rosyjskiego prezydenta składanych w rozmowie z polskim premierem.
Nie twierdzę oczywiście, że Rosjanie taką umowę na pewno by podpisali, ale uważam, że w tamtych dniach, w atmosferze ogólnego szoku, w sytuacji gdy sprawa katastrofy smoleńskiej i śledztwa w tej sprawie była na pierwszych stronach światowych gazet, Rosjanie mieliby duży kłopot z wytłumaczeniem się, dlaczego nie chcą podpisać umowy, którą sami uroczyście postulowali. Dzisiaj mamy już, niestety, musztardę po obiedzie, a umowa ustna, którą zdaniem Pani Profesor Pawłowicz Tusk zawarł z Miedwiediewem 10 kwietnia, nie ma żadnego znaczenia w praktyce, skoro nie możemy doprosić się nawet tak banalnej rzeczy, jak przykrycie zwykłą plandeką wraku Tu-154M, czyli zasadniczego dowodu rzeczowego w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej – nie wspomnę już o przekazaniu czarnych skrzynek i innych podstawowych materiałów.
Całe to śledztwo to wielki skandal – dziś wszyscy widzą to bardzo wyraźnie, również ci politycy i dziennikarze opiniotwórczych mediów, którzy przez ostatnie miesiące, prezentując typowy dla dzisiejszych elit salonowych rosyjski serwilizm, podkreślali wspaniałą postawę i współpracę Rosjan oraz ich wolę dogłębnego wyjaśnienia sprawy. Dziś widać to, co wielu z nas wiedziało od początku, że Rosjanie mają z góry ustalony wynik śledztwa: przyczyny katastrofy leżą wyłącznie po stronie polskiej, i to najlepiej dokładnie po tej stronie polskiej, która zginęła w katastrofie. Fakt, że taką tezę mogą z łatwością przeforsować w swoich dokumentach śledczych, wynika natomiast z niczego innego jak tylko ze skandalicznych zaniedbań rządu PO – PSL w tej sprawie.
Wśród tych zaniedbań ja na pierwszy plan wysuwam właśnie brak chęci wykorzystania doskonałej okazji, jaką była deklaracja Miedwiediewa o wspólnym prowadzeniu śledztwa, i niesporządzenie stosownej umowy w tej sprawie. To skandal, który sprawił, że prawdopodobnie już nigdy nie poznamy pełnej prawdy o katastrofie smoleńskiej.

Odpowiedzialność polityczna za katastrofę smoleńską

Czy nie jest jednak przypadkiem tak, że rządowi Donalda Tuska właśnie na tym zależało? Takie pytanie stawia dziś wielu z nas. Jako konstytucjonalista mogę w tym miejscu tylko jeszcze raz powtórzyć, że zgodnie z przepisem art. 146 ust. 4 Konstytucji RP jedną z zasadniczych funkcji Rady Ministrów jest zapewnienie zewnętrznego i wewnętrznego bezpieczeństwa państwa, w tym – rzecz jasna – bezpieczeństwa najwyższych jego przedstawicieli. Fakt, że z tego obowiązku rząd Tuska się nie wywiązał, jest w przypadku katastrofy smoleńskiej nader oczywisty, podobnie jak nader oczywista jest w związku z tym odpowiedzialność – co najmniej polityczna – rządzących. Nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystkie te skandaliczne decyzje i zaniedbania w sprawie śledztwa, ale i w sprawie uczczenia pamięci ofiar katastrofy, wynikają z woli ucieczki rządzących od tej odpowiedzialności, o czym pisałem już zresztą na łamach “Naszego Dziennika”.
Dr Przemysław Czarnek

Autor jest konstytucjonalistą, pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100927&typ=po&id=po51.txt

27 września 2010

Umowa ustna, którą Donald Tusk miał zawrzeć z Dmitrijem Miedwiediewem 10 kwietnia, nie ma żadnego znaczenia w praktyce, skoro nie możemy doprosić się nawet tak banalnej rzeczy, jak przykrycie zwykłą plandeką wraku Tu-154M, czyli zasadniczego dowodu rzeczowego w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej  fot. M. Borawski

Umowa ustna, którą Donald Tusk miał zawrzeć z Dmitrijem Miedwiediewem 10 kwietnia, nie ma żadnego znaczenia w praktyce, skoro nie możemy doprosić się nawet tak banalnej rzeczy, jak przykrycie zwykłą plandeką wraku Tu-154M, czyli zasadniczego dowodu rzeczowego w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej fot. M. Borawski

Oceń artykuł:
(5.00)
głosów: 2
tagi: , , , , ,

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters