Oskarżyciele generała Błasika bez dowodów

Publikacja w serwisie: 16 October 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , ,

Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie dysponuje żadnym materiałem dowodowym uprawniającym do serwowania tez dotyczących domniemywanej obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie rządowego Tu-154M w końcowej fazie lotu. Przyznał to wczoraj w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” kpt. Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Czy dowódca Sił Powietrznych, który zginął 10 kwietnia na pokładzie rządowego tupolewa w Smoleńsku, mógł zostać poproszony przez załogę o pomoc w sytuacji kryzysowo-awaryjnej? Prokuratura przyznaje, że jak najbardziej, bada taki wątek.
Dopiero po uzyskaniu ekspertyzy z odczytu czarnych skrzynek będzie można powiedzieć, czy materiał dowodowy uprawniający do zadawania pytań o obecność generała Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa w ogóle istnieje – przyznaje prokuratura wojskowa prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj. Dlaczego zatem w mediach systematycznie odżywają spekulacje sugerujące traktowanie obecności osoby dowódcy Sił Powietrznych jako czynnika sprzyjającego katastrofie? Czy można transponować sytuację, w której generał Błasik leciał z żołnierzami Jakiem-40 do Dęblina jako drugi pilot (posiadał takie uprawnienia), siadając za sterami przed startem, na sytuację, w której opuściłby swoje miejsce w rządowym tupolewie, lecąc z oficjalną delegacją, z prezydentem, i to w końcowej, najtrudniejszej fazie lotu, bo po prostu postanowił sobie “popilotować”? To sprzeczne z zasadami zdrowego rozsądku, ale takie sensacje przede wszystkim mają na celu pokazać, że za katastrofę odpowiada nerwowa sytuacja generowana przez pasażera, bo przecież podczas tego tragicznego lotu generał Błasik nie był członkiem załogi i – jak podkreślają piloci, z którymi rozmawialiśmy – nie ma takich procedur, które uprawniałyby generała do narzucania kapitanowi swojej woli. Na pokładzie statku powietrznego rządzi kapitan załogi. Jest jednak drugie dno tej sprawy. Kapitan Marcin Maksjan z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, pytany, czy ewentualna obecność gen. Błasika w kokpicie mogła być implikowana sytuacją nadzwyczajną na pokładzie, trybem kryzysowo-awaryjnym, nie zaprzecza. Podkreśla, że badane są różne wątki, różne sytuacje, które mogły się wydarzyć w kokpicie.
Jak tłumaczył na czwartkowej konferencji prasowej płk Ireneusz Szeląg, prokuratura nie przewiduje na razie wniosku o pomoc prawną w zakresie kolejnego przesłuchania rosyjskich kontrolerów lotu, ponieważ strona polska nie otrzymała jak dotąd dokumentacji z Rosji na temat procedur obowiązujących na lotnisku. Nie dysponuje zatem wystarczającym materiałem dowodowym, pozwalającym na skuteczne odebranie zeznań.
Mamy więc do czynienia z sytuacją asymetrii: nie ma żadnego materiału dowodowego pozwalającego na domniemywanie obecności gen. Błasika w kokpicie, a do mediów dostają się przecieki o zeznaniach pilotów w kontekście właśnie tej rzekomej obecności. – Prokuratura może badać różne wersje, ponieważ jest do tego uprawniona i zobowiązana. Jednak upublicznianie w tym zakresie jakichkolwiek materiałów ze śledztwa jest czymś haniebnym i krzywdzącym dla bliskich ofiar katastrofy. Ja nie mam podstaw, aby stwierdzić, że jest materiał dowodowy, który pozwalałby na budowanie tezy o obecności gen. Błasika w kokpicie, jak tym bardziej tezy o tym, iż zasiadał on za sterami samolotu. Prokuratura, jak powiedziałem, jest oczywiście uprawniona do tego, aby badać różne hipotezy, ale czymś prymitywnym są tego typu przecieki. Tego, że były takie zeznania, nie należy, w mojej ocenie, uważać za coś skandalicznego. Z tego robi się celowo sensację – uważa mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik rodzin Tomasza Merty, Bożeny Mamontowicz-Łojek, Grażyny Gęsickiej i Sławomira Skrzypka. Jego zdaniem, ujawnianie takich informacji jest czymś skandalicznym, ponieważ może być w sposób jednoznaczny wykorzystywane medialnie. Czy będzie dochodzenie w sprawie ujawnienia zeznań pilotów 36. SPLT? Kapitan Marcin Maksjan zapewnia, że po analizie zdecyduje o tym prokurator prowadzący śledztwo.
To nie pierwszy “przeciek” ukierunkowany na utrwalanie domniemania winy pilotów, na którym pasożytują dziennikarze. “Przecieki”, choć nie miały żadnego potwierdzenia w zebranym dotychczas materiale dowodowym, szybko zajmowały czołowe miejsca w mediach. Posiadały rys jedynie hipotetyczny, nie były również weryfikowane przez organa odpowiedzialne za śledztwo. Miały na celu głównie zrzucenie całej winy na załogę, która albo “zgłupiała we mgle”, albo nie była dość wyszkolona. “Jak nie wyląduję (my), to mnie zabije (ją)” – na taki przeciek powoływały się w połowie lipca telewizja TVN 24 i “Gazeta Wyborcza”. Media nie podały ani kontekstu, w jakim miały paść słowa, ani ich źródła, ale według tych mediów, padły na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą. Żadna z instytucji odpowiedzialnych za śledztwo nie potwierdziła tych rewelacji. Według informatora “Gazety Wyborczej”, mjr Protasiuk miał powiedzieć rzekomo: “jeśli nie wyląduję, to będę miał przechlapane”. Eksperci, z którymi rozmawiał po tych “przeciekach” “Nasz Dziennik”, wyjaśniali, że “nie ma technicznej możliwości, aby w czasie badań fonoskopijnych pozyskany tekst mógł brzmieć: “będę miał przechlapane”, zamiennie z: “zabiją mnie”. Brzmienie, jak i układ głosek są diametralnie różne. “Patrzcie, jak lądują debeściaki” – tak według rzekomego “przecieku” z prac ekspertów nad odczytaniem treści nagrań kopii czarnych skrzynek miał powiedzieć (najprawdopodobniej) kapitan załogi Arkadiusz Protasiuk. Treści tych “przecieków” niejednokrotnie były ze sobą wzajemnie sprzeczne. Jednymi z najbardziej krzywdzących dla rodzin ofiar były spekulacje na temat rzekomego braku odpowiedniego wyszkolenia pilotów Tu-154M.
Paulina Jarosińska

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101016&typ=po&id=po01.txt

16 października 2010

Oceń artykuł:
(5.00)
głosów: 2
tagi: , , , , , ,

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters