MAK dostał od Samary 25 milionów dolarów

Publikacja w serwisie: 24 November 2010
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , , , , , , ,

Proszę sprawdzić, kto kierował urzędem, który w latach 60. finansował i nadzorował projekt Tu-154? Czy to nie jest czasem ta sama dama w mundurze generała, która i teraz nadzoruje prace MAK – Tatiana Anodina?

Z Michaiłem Makarowem, ekspertem ds. bezpieczeństwa komunikacji lotniczej, emerytowanym pilotem liniowym I klasy lotnictwa cywilnego, instruktorem, wieloletnim pracownikiem Aerofłot i AirMoldova (wylatał 16 tys. godzin, z czego ponad 3 tys. na Tu-154), rozmawia Marta Ziarnik

Polska prokuratura wojskowa formalnie nie odrzuciła jeszcze hipotezy zamachu terrorystycznego w śledztwie dotyczącym katastrofy polskiego Tu-154M pod Smoleńskiem. Ale większość dziennikarzy bardzo sceptycznie podchodzi do takiej możliwości. Pana zdaniem, ma to uzasadnienie?
- Bardzo ważnym elementem bezpieczeństwa lotów jest kwestia zarządzania zagrożeniem terrorystycznym. Nie tylko ataki z 11 września, ale też na przykład wysadzenie wraz z pasażerami dwóch samolotów Tu-134 i Tu-154 przez islamskich terrorystów czeczeńskich w zamachach samobójczych w Rosji w roku 2004 pokazują, że zagrożenie jest bardzo realne. Zaledwie tydzień przed zamachami z 11 września zdarzył się w Rosji straszny wypadek. Ukraińską rakietą strategiczną S-200W został trafiony samolot Tu-154 wykonujący lot rejsowy z Izraela. Zginęli wszyscy pasażerowie, cała Rosja była wtedy w żałobie i odczuwaliśmy ten sam ból, co Amerykanie tydzień później, ale i ten sam, co Polacy 10 kwietnia. 21 września 1993 r. dwa Tu-154 zostały ostrzelane przez Czeczenów, Abchazów i Inguszów pod wodzą Basajewa, obydwa z pasażerami wylądowały bezpiecznie, a później dalej latały. Następnego dnia wzbił się w powietrze z tego samego lotniska w Abchazji trzeci samolot. Trafiony rakietą terrorystów, rozbił się – zginęło ponad 100 osób. Następnego dnia jeszcze jeden Tu-154 został ostrzelany przez terrorystów, by uniemożliwić mu start. W czerwcu 1996 r. ta sama ekipa Basajewa usiłowała zestrzelić, bezskutecznie, samolot prezydenta Borysa Jelcyna, który po serii rozmów pokojowych w Moskwie przybył do Czeczenii na dalsze rokowania. Jednak wszelakie zestrzelenia i zamachy bombowe pozostawiają po sobie charakterystyczne ślady po odłamkach, charakterystyczne uszkodzenia, płomienie, zgliszcza. Polski samolot nie płonął, a jego elementy do końca zachowały swą białą i czerwoną barwę. Zamach wykluczałby także stenogram CVR.

Co, Pana zdaniem, mogło być przyczyną wypadku?
- Każda katastrofa lotnicza jest wynikiem zbiegu niekorzystnych okoliczności, które w konsekwencji swojego równoczesnego wystąpienia przed lotem i w trakcie jego trwania powodują powstanie sytuacji kryzysowej. Jeśli nie ma technicznej możliwości wyjścia z niej albo gdy błąd popełni w reakcji na taką sytuację dowódca czy któryś z członków załogi, to dochodzi do katastrofy, której skutki są najczęściej tragiczne. Takich katastrof rokrocznie zdarzają się setki. Kiedyś sprzedawca nowoczesnych samochodów pewnej koreańskiej marki tłumaczył mi, zachęcając do kupna błyszczącego świeżością egzemplarza, że nie muszę przejmować się jego serwisowaniem, bo samochody tej marki się nie psują. Z samolotami jest niestety inaczej. Z dwóch powodów: samolot przezwycięża nieporównywalnie więcej praw fizyki niż maszyna jeżdżąca po szosie i działa na niego więcej sił o większej wypadkowej wartości, ale też samolot, w którym ułożono po kilkaset kilometrów przewodów pokładowych instalacji eksploatacyjnych, jest po prostu znacznie bardziej podatny na awarię – ze względu na dużą ilość elementów konstrukcyjnych. Niedopuszczalne jest jednak, aby jakakolwiek poważna usterka zdarzyła się w locie – jest ona wtedy poważnym incydentem, a więc według norm międzynarodowych stanem zagrożenia w bezpieczeństwie lotu i powinna być zbadana, aby ustalić, czy była ona wynikiem błędów obsługi inżynierskiej, czy też znacznie gorszych błędów konstruktora. Innych usterek podczas lotu nie ma – za każdą jest odpowiedzialny albo człowiek, albo system obsługi technicznej, a system to też faktor ludzki, tylko wyższego szczebla. Błąd pilota może wystąpić wtedy i tylko wtedy, gdy pilot jest niewłaściwie wyszkolony, zmęczony, stan zdrowia jest niezadowalający. Czynniki sprzyjające to najczęściej zła współpraca w załodze, zła praca kontroli lotów, zły załadunek samolotu lub pogoda. Pogoda jako przyczyna pośrednia lub bezpośrednia albo okoliczność sprzyjająca może zadziałać wtedy, gdy zawiodą służby meteorologiczne lub informacji powietrznej albo załoga źle zinterpretuje dane pogodowe. To, niestety, zdarza się niezwykle często.

Rosjanie już w pierwszych chwilach po katastrofie odrzucili jednak możliwość usterek technicznych czy niesprawności polskiej maszyny.
- Są 124 modele wprowadzonych do eksploatacji samolotów pasażerskich o napędzie odrzutowym, w tym 2 naddźwiękowe. Rosjanie zaprojektowali niemalże jedną piątą wszystkich samolotów. Spośród 8 modeli tupolewa Tu-154 był jednym z najpopularniejszych, bo na 2198 wyprodukowanych maszyn aż 1000, czy może nawet 1012, to Tu-154. Drugie miejsce zajmuje Tu-134 z 740 wyprodukowanymi egzemplarzami. Niewątpliwie samolot Tu-154 jest jedną z najlepszych konstrukcji lotniczych ZSRS, ale od jego oblotu minęło już ponad 40 lat. Wyprodukowano sztuk – jak wspomniałem – 1012, rozbiło się co najmniej 57, kolejne 10 utracono lub zostały zestrzelone, 140 uczestniczyło w incydentach i uprowadzeniach, ponad 500 dawno zezłomowano. Do dziś lata niespełna 200 tych maszyn, 70 w Rosji, 1 w Polsce. Rejestr fabryczny i rejestry późniejsze (cywilny, eksportowy i wojskowy) różnią się pod względem liczby wyprodukowanych Tu-154 o 82 sztuki. Przynajmniej 82 maszyny zaginęły więc bez wieści – to te, o których katastrofach ZSRS nie poinformował świata, bo zawsze dobrze było to zataić (o ile się dało), oraz te (a takich było wiele), które zostały wyprodukowane z tak poważnymi wadami, że nie przeszły oblotów technicznych w fabryce w Kujbyszewie (Samarze), zostały wykreślone z rejestru i rozłożone na części, lecz wpis w dokumentacji fabryki po nich pozostał.

Liczba katastrof i incydentów pokazuje, że nie jest to maszyna bezpieczna?
- Tak, i nigdy taką nie będzie, nawet gdy polski rząd zechce ją odmalować i wpakować do kokpitu wątpliwej nowoczesności amerykańskie urządzenia nawigacyjne z końca lat 90. Samolot zaprojektowany w roku 1966 zawsze będzie samolotem zaprojektowanym w roku 1966 i nie zmieni się nagle w Tu-334 czy Airbusa A-350, a żadne urządzenia nie zrekompensują letalnych wad technicznych, jakie czynią tę konstrukcję po prostu niebezpieczną.Biorąc pod uwagę prostą matematykę, przynajmniej 100 Tu-154 musiało ulec katastrofom. Były to te, które leciały z cargo (często przeładowane) albo też w lotach technicznych bez pasażerów (gdy startowały z poważną awarią). Wtedy łatwo zataić katastrofę. Moim zdaniem, przynajmniej 10 proc. produkcji tej maszyny rozbiło się. To bardzo dużo.

Prezydent Bronisław Komorowski oświadczył jednak, że będzie latał tupolewem.
- Z wielkim zdziwieniem patrzyłem na wypowiadającego się w telewizji nowo wybranego, polskiego prezydenta, który oświadczył, że dalej będzie latał Tu-154. Wasz prezydent nie odważyłby się nawet zbliżyć do tego samolotu, gdyby zobaczył animację katastrofy Pułkowskiego Tu-154M, który rozbił się bardzo niedawno, bo w 2006 r. na Ukrainie, w Doniecku. Okoliczności tej katastrofy przypomniał w “Naszym Dzienniku” pilot Nikołaj Wasylenko. W każdym razie kpiną jest to, że samolot pasażerski w wyniku napotkania wiatru poprzedzającego jedynie chmurę burzową (czego nie pokazał załodze radar pogodowy, a z raportu o stanie pogody wynikało, że chmura będzie niższa i w innym miejscu) wystrzeliwuje jak pocisk rakietowy pionowo w górę i pilot nic nie może zrobić. Takim samolotem jest właśnie Tu-154. Co stało się później? Zawsze przy wznoszeniu energia kinetyczna ulega przemianie w potencjalną wysokości, więc prędkość spada. Wtedy spadła tak bardzo, że nie wystarczyła do lotu maszynie – ta przewróciła się na prawo i wpadła w gwałtowny korkociąg. Dowódca, kapitan Korogodin, próbował temu przeciwdziałać, ale samolot nie reagował. Piloci ciągną stery na siebie, brak reakcji, a samolot spada coraz prędzej. Wyświetla się kontrolka TAWS, dowódca nakazuje nawigatorowi zgłosić wieży SOS i pyta inżyniera, czy działają stery. Ten odpowiada, że tak, co najwyżej coś może być nie tak z jednym z trzech systemów hydrauliki – stery muszą mimo wszystko działać. Przygasają kontrolki – silniki pracują na mocy startowej zbyt długo i poszedł jeden z trzech generatorów mocy. Nagle samolot reaguje – jego nos zostaje lekko podniesiony. Piloci cieszą się – słychać okrzyki radości. Jednak jest już za późno – jeśli pilot pociągnie za stery, to przeciągnie i rozbije maszynę, a jeśli puści stery, to maszyna może wyjść z korkociągu, ale będzie już zbyt nisko, by się jeszcze poderwać. Drugi pilot krzyczy przerażony, dowódca upomina go jeszcze, by nie panikował. Ktoś z członków załogi modli się. Lotnicy w geście rozpaczy ciągną za stery, lecz tył maszyny uderza z impetem w ziemię, samolot rozpryskuje się w drobne kawałki i staje w ogniu – wszyscy na pokładzie giną, a było to 170 osób. Samolot nie reagował na decyzje załogi, bo za skrzydłami powstały zawirowania, które owiały ster wysokości i uczyniły go bezużytecznym. Świadczy to o przerażającej wadzie konstrukcyjnej Tu-154M. Gdyby ster przestał działać z powodu awarii, jest jeszcze trymer statecznika, którym można sterować maszyną. Gdy jest korkociąg – jest już tylko nieuchronna śmierć.

Strona rosyjska wielokrotnie podnosiła rzekomą nieawaryjność konstrukcji tej maszyny.
- Parametry samolotu to skandal i nawet słowa o nich nie wspomniano w żadnej instrukcji obsługi. MAK zwalił oczywiście wszystkie przyczyny donieckiej katastrofy na nieżyjącego dowódcę, miał 49 lat, na Tu-154 był instruktorem, posiadał pierwszą klasę pilota i inżyniera, 12 tysięcy wylatanych godzin. Tak samo MAK robi teraz, sugerując winę dowódcy polskiej maszyny majora Protasiuka. Też instruktora, też pilota pierwszej klasy, kapitana na dwóch typach, inżyniera i na dodatek pilota doświadczalnego.

Jak Pan ocenia sposób prowadzenia dochodzenia w sprawie katastrofy polskiego tupolewa przez moskiewski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK)?
- Obecne “śledztwo” MAK jest nawet nie takiej samej jakości, jak tamto sprzed 4 lat, które notabene ciągnie się do dziś, ale znacznie gorszej. Nie wiemy nic. Kim byli kontrolerzy lotów? Cywilami czy żołnierzami? Nawet tej kwestii komisja nie potrafi wyjaśnić. Nie potrafią nawet przesłuchać kontrolerów, nie wiedzą, ilu ich było. Dwóch, trzech czy czterech? Były zastępca dowódcy polskich Sił Powietrznych powiedział, że kontrolerzy nie mieli uprawnień. To sytuacja skandaliczna. Jak prezydencki samolot mogą sprowadzać z rozpadającej się budy kontrolerzy – dyspozytor lotniska i nawigator naprowadzania, którzy nie mają uprawnień, nie mają licencji, badań lekarskich i przyznanej klasy kontrolera żeglugi powietrznej? Przecież to jest śmieszne i żałosne zarazem.

Rosyjska prokuratura unieważniła zeznania kontrolerów, a polska strona skwapliwie przystała na to dictum.
- Unieważnienie zeznań kontrolerów jest niepoważne. Przypomniało im się coś nowego? Dostali nowe instrukcje, co mają powiedzieć? Z upływem czasu pamiętają więcej? Kpiną jest także spór o to, jakie procedury obowiązywały na lotnisku. Zniewagą byłoby przyjęcie na lotnisku wojskowym procedur cywilnych, to się nie zdarza i nikt by się na to nie zgodził. A skoro to było podobno lotnisko cywilne, to po co kontroler pytał pilota, a jest to w stenogramie MAK, czy lądował na lotnisku wojskowym? To było pytanie grzecznościowe, kurtuazyjne? Polscy dziennikarze zostali zatrzymani za wejście na teren wojskowy, gdy zwiedzali miejsce katastrofy. Skąd zatem wziął się teren wojskowy na rzekomo cywilnym lotnisku?

Analizował Pan stenogram zapisu z VCR?
- Kiedyś we Włoszech uległ katastrofie rosyjski An-124. Pamiętam, co wtedy znalazło się w rozszyfrowaniu rozmów załogi, i łudząco przypomina mi to, co widziałem, studiując rozmowy załogi polskiego Tu-154. Miałem nawet wrażenie, że to dwie, równobrzmiące kopie tego samego dokumentu. Wtedy to był błąd pilota, za nisko zszedł we mgle i uderzył w drzewa. Załoga nie mogła poradzić sobie z odejściem na drugi krąg, a po zadaniu mocy startowej samolot przysiadł i się rozbił. Zginęły dwie osoby. W MAK najwyraźniej ktoś dostrzegł podobieństwo do tamtej tragedii i na tym chyba skończyło się całe “śledztwo”. Skoro wtedy załoga schodziła na radiowysokościomierzu, co okazało się zgubne w pofałdowanym terenie, uznano, że Polacy pewnie popełnili ten sam błąd. Po co to sprawdzać, robić kosztowne badania, symulacje i zamawiać ekspertyzy, skoro na pewno tak musiało być. Skoro wtedy pilot zszedł w swej nieodpowiedzialności zbyt nisko, tu pewnie też. Skoro tamten pilot był niedoświadczony, ten pewnie też. I co z tego, że polski pilot miał 6 razy więcej wylatanych godzin? MAK uzna go za niedoświadczonego. Takie myślenie w MAK to parodia śledztwa.

Ustalenia moskiewskiego
MAK są podważalne?- Te wszystkie teorie MAK są bardzo łatwe do obalenia. Gdyby ktokolwiek bliżej przyjrzał się nagraniu z polskiego samolotu, natychmiast zobaczyłby, co mogło się stać. Może warto przeanalizować wyważenie maszyny. Od tego, ile waży samolot i jaki jest jego środek ciężkości, zależy to, jak się go pilotowało. Ponieważ drugi pilot ustawia prędkość 280 km/h na klapach 36, stąd wiem, że samolot był bardzo ciężki – ważył aż 82-86 ton, bo inaczej byłaby inna prędkość lub inne nastawy mechanizacji. Musiał się więc trudno pilotować. Sprowadzany do lądowania był źle – kontroler nieprawdziwie podawał informacje, potwierdzał, jak cyrkowa papuga: na kursie i ścieżce, na kursie i ścieżce, a samolot był 100 metrów ponad ścieżką. Pilot, gdy zorientował się, że jest oszukiwany, zanurkował, by wrócić na ścieżkę. Wyrównał niemalże na 120 metrach, przywracając do wysokości podjęcia decyzji normalną prędkość zniżania 3,75m/s, a potem przeszedł do lotu poziomego. 8 sekund zajęło zejście ze 100 do 90 metrów, to niemalże lot na wyrównaniu i może być tylko usprawiedliwiony próbą odejścia na drugi krąg.

Rosjanie sugerowali też możliwość błędnego użycia radiowysokościomierza przez polskich pilotów.
- Wszystkie odczyty wysokości pochodzą z wysokościomierza barycznego, nie z urządzenia radiowego, bo radiowysokościomierz sygnał dźwiękowy typu VPR nastawnika 100 m wydał przy odczycie 60 m, a nie 100 metrów. Co stało się dalej, nie wiemy bez parametrów FDR. Nie mniej wszystko wskazuje na usterkę maszyny. Gdyby do niej nie doszło, to po wyrównaniu na 100 m (gdy TAWS zmienił komendę, potwierdzając radykalne zmniejszenie realnej prędkości opadania) prędkość lotu nie spadłaby gwałtownie do znacznie poniżej minimalnej, bo nie pozwoliłby na to automat ciągu i oko drugiego pilota kontrolujące prędkość, co wcześniej miało potwierdzenie w stenogramie. Skąd prędkość 180 km/h, a taka w stenogramie jest bajecznie prosta do wyliczenia, bez sygnału alarmowego dla pilota z autocentrali SVS? Dalej najpewniej nastąpiło przeciągnięcie, coś, czego ten dowódca, Protasiuk, jako pilot doświadczalny, nie dopuściłby się, bo każdy pilot doświadczalny, nawet III klasy, ma problematykę przeciągnięcia w jednym palcu. Czy zawiodły silniki, czy autopilot, czy stery, czy prędkościomierz – nie wiem, bo nie mam danych lotu, prawdziwych danych. Wiem tylko, że zawsze dobrze jest obarczyć winą nieżyjących – generałów, ministrów, dyrektorów i biznesmenów, bo nie mają adwokatów i nie mogą się już bronić. Powód jest jeden – wtedy nie odpowie za to ten, kto żyje, a więc m.in. ten, kto tak, a nie inaczej zaprojektował samolot, ten, kto egzemplarz wyprodukował, a w roku 1990 różnie z tą produkcją bywało, ten, kto go remontował, i ten, kto wpakował do 20-letniego tupolewa dwóch prezydentów i cały sztab generalny, ten, kto zabezpieczał wizytę, ten, kto nie zamknął lotniska z powodu mgły, ten, kto dopuścił, by na wieży usiedli kontrolerzy bez uprawnień, aż wreszcie ten, kto nieudolnie usiłował sprowadzać samolot do lądowania, czyli Plusnin.

Sugeruje Pan, że prawnocywilną odpowiedzialność za katastrofę mogłyby ponieść zakłady w Samarze?
- Największe znaczenie ma tu oczywiście ten, kto remontował, bo przecież przez lata wpakował 25 milionów dolarów w komisję badającą przyczyny katastrofy, przedpłacając zgodnie z taryfikatorem urzędowym za pożądane certyfikaty na swoje lotnicze produkty i usługi. A jest to przyjaciel premiera Putina – szefa rządowej komisji badającej przyczyny katastrofy, biznesmen Oleg Deripaska, wykonawca wątpliwego remontu Tu-154M w Samarze, pod chmurką, na śniegu. Proszę też sprawdzić, kto kierował urzędem, który w latach 60. finansował i nadzorował projekt Tu-154. Czy to nie czasem ta sama dama w mundurze generała, która i teraz nadzoruje prace MAK – Tatiana Anodina? Ano tak.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101124&typ=po&id=po13.txt

24 listopada 2010

Oceń artykuł:
(4.73)
głosów: 15
tagi: , , , , , , , , , , ,

Komentarze: »

Jeśli uważasz że któryś komentarz nie powinien się tutaj znaleźć zgłoś to na adres:

admin@smolensk-2010.pl
  • anna :

    Adminie :
    Bardzo ciekawa rozmowa Tomasza Sakiewicza z dziennikarzem “Rzeczpospolitej”. Umieszczam ją tu w całości, bo pobrałam ją z serwisu płatnego.

    Jesteś tu albo tam
    Piotr Skwieciński 27-11-2010, ostatnia aktualizacja 27-11-2010 00:01
    Nie zawsze zła wola jest podyktowana chęcią zabicia – mówi Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”

    autor: Kuba Kamiński
    źródło: Fotorzepa
    +zobacz więcejKto fałszował dokument o tragedii
    Rz: Linia „Gazety Polskiej” od 10 kwietnia jest konsekwentna. To był zamach.

    To nieprawda. „GP” nie napisała, że to opinia redakcji.

    Był tytuł: „To był zamach”…

    …z podtytułem: „Mówią eksperci”. Gdyby na Zachodzie znany ekspert powiedział, że to był zamach, toby to zacytowano dokładnie tak, jak myśmy to zrobili.

    Są różni eksperci, większość nie mówi, że to był zamach.

    Cytowaliśmy dwóch niezależnych ekspertów. Mam wrażenie, że dziś jest psychologiczny i medialny przymus, by takich rzeczy nie cytować. Można podać informacje, ale… zdecydowanie się odcinając. To wada polskiego dziennikarstwa. Żadna prasa w zachodnim kraju by się tak nie zachowywała. Tymczasem w Polsce są wieści lepsze i gorsze. Jedne należy traktować z całą powagą – tak traktowano tezę, że gen. Błasik mógł pilotować samolot, choć nie było do tego podstaw. A inne opinie są z definicji niepoważne.

    My, tu się zgadzam, jesteśmy konsekwentni w tym, że to najważniejsza sprawa w Polsce.

    W jakim znaczeniu najważniejsza sprawa?

    Przede wszystkim jej skala powoduje, że niewyjaśnienie katastrofy będzie takim samym dyshonorem, jakim byłoby zostawienie sprawy Katynia przez poprzednie pokolenia. Jest też kwestia interesu narodowego. Jeżeli ktokolwiek maczał palce w tym, że zginął polski prezydent, to Polska powinna się zachować jak Izrael. Powinna ukarać sprawców bez względu na to, czy to się stało niechcący, w wyniku zbrodniczych błędów, czy specjalnie, bo ktoś tego chciał.

    Ukarać jak Izrael to znaczy wysłać komando, żeby zabiło ludzi z wieży w Smoleńsku?

    Ja nie wiem, czy to ludzie z wieży. Poza tym Polska jest państwem prawa.

    Powiedziałeś: „jak Izrael”…

    Zachowanie Izraela było zgodne z jego prawem. My mamy własne, stosunkowo łagodne. Powinno być jednak wyegzekwowane. Wszyscy winni w tej sprawie, bez względu na to, jakie pełnią funkcję, muszą zostać ukarani. Pozwolenie na bezkarną śmierć prezydenta będzie oznaczało, że wobec Polski można się posunąć tak daleko, jak się tylko zechce, i zrobią to nie tylko mocarstwa, ale też państwa dużo słabsze.

    Twoje słowa czyta się w ten sposób: obce państwa zrozumieją, że polskich przywódców można bezkarnie mordować. Przedtem powiedziałeś, że „to by było tak, jakby nie wyjaśnić sprawy Katynia”. W Katyniu od początku było jasne, że oficerowie byli celowo wymordowani. Ja bym się upierał, że z tego wszystkiego wynika, iż przyjmujesz założenie, że to był zamach.

    Są możliwe dwie wersje: celowe działanie lub seria niesamowitych zaniedbań i złej woli. Nie zawsze zła wola jest podyktowana chęcią zabicia, mogło chodzić po prostu o upokorzenie prezydenta. Na tym etapie, kiedy prowadzi to do tak wielkiej tragedii, jest to jednak przestępstwo.

    Z upokarzaniem prezydenta rzeczywiście mieliśmy do czynienia. Ale jak to, według ciebie, w tym konkretnym wypadku miało się przetworzyć na katastrofę?

    Przede wszystkim doprowadzono do obniżenia rangi wizyty. Można powiedzieć, że była w tej sprawie umowa między władzami polskimi i rosyjskimi. Rozdzielamy wizyty. Spychamy wizytę prezydenta, a ważniejsza będzie oczywiście ta, na której pojawi się Putin. I jednocześnie tak przygotowujemy wizytę z 10 kwietnia, żeby dać odczuć opinii publicznej, iż ta wyprawa jest nieważna. Rosja jest takim państwem, że jeżeli władze mówią, że coś jest mało ważne, to wtedy staje się to mało ważne we wszystkich sferach. Taki sygnał obniżył poziom bezpieczeństwa.

    Politycy uczestniczą również w wizytach o najniższej randze i nie giną…

    Czy obniżenie rangi doprowadziło do wypadku niechcący, w wyniku splotu zaniedbań? Czy ułatwiło zamachowcom działanie – to jest osobna sprawa. Wyobraźmy sobie, że zagrożony zamachem polityk nagle zostaje pozbawiony ochrony. Podejmujący tę decyzję nie mają wiele wspólnego z zamachowcem, ale mu zadanie ułatwiają.

    Wracasz do tezy o celowym działaniu.

    Działania były na tym poziomie, żeby obniżyć rangę wizyty i jej bezpieczeństwo. Więcej nie mamy dowodów. Mamy poszlaki i podejrzenia.

    Zgadzam się, że poniżanie prezydenta miało miejsce i że chodziło o obniżenie rangi jego wizyty. Ale wizyta Tuska 7 kwietnia przynajmniej ze strony polskiej była przygotowywana podobnie beztrosko jak ta 10 kwietnia. Czy więc do katastrofy bardziej niż upokarzanie prezydenta nie przyczynił się „polski burdel” i zła jakość, taniość państwa?

    Zgoda, że to była jedna z przyczyn. Pod znakiem zapytania jest to, czy była druga przyczyna – oprócz bałaganu wynikającego po części ze złej woli, po części z nieumiejętności organizacji i braku wyobraźni (bo przecież niezakupienie samolotów to brak wyobraźni)…

    …złe płacenie pilotom z 36. Pułku, co powodowało, że lepsi odchodzili…

    …brak możliwości szkolenia itd. To wszystko składa się na jedną z przyczyn tragedii. I dlatego osoby za to odpowiedzialne muszą być ukarane.

    Tak, ale te osoby są we wszystkich ekipach; to, co się działo z samolotami i w 36. Pułku, nie zaczęło się w dzień wyborów 2007 roku…

    Ale też jest różny stopień odpowiedzialności. Wiadomo, kto w ostatnich latach sprawował władzę. Wcześniej takiej katastrofy nie było.

    Bo zawsze do pewnego momentu się udaje…

    Wcześniej stopień dezorganizacji nie był tak duży. Z tego, co wiemy, ten pułk wyglądał dziesięć lat temu lepiej. Być może późniejsze decyzje go zdezorganizowały. Jedno to jest podjąć decyzję bez wyobraźni, której skutki dopiero poznamy. A drugie widzieć już skutki, a skutkiem był rozpad 36. Pułku, i nie reagować. Jedno to jest bawić się zapałkami. A drugie to widzieć pożar i nie gasić… Dlatego odpowiedzialność jest bardzo różna. Na pewno występuje pierwsza przyczyna: straszliwe zaniedbanie w różnych miejscach po stronie polskiej i rosyjskiej. Pytanie – czy istnieje druga przyczyna, jakieś celowe działania?

    Uważam, że wszystko wskazuje na to, iż – mówiąc bardzo brutalnie – katastrofa była efektem zmultiplikowania polskiego burdelu przez rosyjski bardak. A to jest sytuacja karygodna, ale nie taka, w której użycie słowa „zbrodnia” byłoby adekwatne.

    Jest taki poziom zaniedbań, który jest zbrodniczy. Wyobraźmy sobie kogoś, kto przynosi granaty do przedszkola i zostawia dzieciom do zabawy. Przecież nie odbezpieczyłby granatu. Ale ten poziom głupoty i narażenia życia jest zbrodnią.

    Trzymając się tej metafory, oni sami sobie te granaty podrzucali. Tym samym samolotem latał Tusk.

    7 kwietnia był w Katyniu, wszystko było tak samo organizowane jak 10 kwietnia, takie same były zaniedbania, tak samo nieaktualne karty lotniska. Gdyby 7 była taka pogoda jak 10, mógłby nie żyć…

    Tusk nie był tak narażony, bo spotykał się z Putinem, przy Putinie w Rosji wszystko działa o wiele lepiej. Tymczasem bałagan mógł kusić kogoś, żeby coś zrobić. Wiktymologia zadaje pytanie, jak ofiara prowokuje przestępcę. Państwo polskie prowokowało słabością.

    Ale po co Putin miałby mordować Lecha Kaczyńskiego, brać na siebie to ryzyko, w sytuacji gdy prezydent przegrał politykę wschodnią i wszystko wskazywało na to, że przegra też wybory?

    A dlaczego Putin? Jeśli to był zamach, to mogła go przeprowadzić jakaś frakcja w łonie rosyjskiej władzy. Nawet w intencjach wrogich Putinowi. Żeby go obarczyć odpowiedzialnością. Może to element walki KGB z GRU…

    No, w to, żeby w Rosji zabito prezydenta obcego państwa wbrew Kremlowi, to już naprawdę trudno uwierzyć.

    A jeśli to w ogóle nie Rosjanie? Jeśli to jakiś kraj czy organizacja, która ma z nami na pieńku ze względu na naszą aktywność w Iraku czy Afganistanie?

    No to przecież, poza wszystkim, Rosjanie chcieliby ich złapać.

    Dlaczego? Musieliby wówczas przyznać, że na ich terytorium był zamach, a to by ich kompromitowało jako państwo. Ale istotnie – jeśli zamach, to wersję, że zorganizowany przez Kreml, uważam za bardziej prawdopodobną.

    Przecież w sprawie smoleńskiej gołym okiem widać straszny burdel. Bezpośrednio po katastrofie z wieży wybiega facet z obłędem na twarzy i na oczach Polaków z jaka ucieka gdzieś przed siebie. Świadkowie składają zeznania na tyle niekoherentne i niekorzystne, że potem Rosjanie je unieważniają… I tak można długo wymieniać. Przecież gdyby był zamach, to wszystko byłoby przygotowane, byłby KGB-owski porządek… Jak oni zabijali Czeczenów w Katarze czy Litwinienkę w Londynie, to było to wykonywane precyzyjnie…

    Służby nie lubią powtarzać dokładnie tak samo podobnych akcji.

    Mówisz, że w „Gazecie Polskiej” była równowaga wersji o zamachu i o zaniedbaniach, ale przy lekturze powstaje wrażenie, że redakcja wierzy przede wszystkim w zamach…

    Za wrażenie w głowie odpowiada i to, co wywołuje wrażenie, i głowa. Nigdy nie napisaliśmy wprost, że wierzymy, że to zamach.

    Czyli dość powszechny odbiór, że wciąż sugerujecie, iż to był zamach (tak jak „GW” bez przerwy sugeruje, że były naciski prezydenta, żeby lądować), jest nieprawdziwy?

    Nic nie sugerujemy, każdy z nas pisze tak, jak myśli. Zadajemy pytania dotyczące różnych aspektów katastrofy…

    Ale nie pamiętam, żeby z któregoś z waszych pytań wynikało cokolwiek innego niż to, że albo był zamach, albo przestępcze i celowe, skierowane przeciw prezydentowi zaniedbania służb rządowych…

    Działamy jak zachodnia prasa, wydobywamy to, co inni przemilczają. Choćby to, że pewne zjawiska pojawiły się tylko przy tej katastrofie, a nie pojawiły się wcześniej, np. wadliwe działanie radiolatarni. Przedtem działała dobrze, a 10 kwietnia była nie w tym miejscu i dawała zły sygnał. Mogła nawalić, ale sama się przesunąć? To może być element bałaganu, tyle że dlaczego to wszystko się zdarzyło akurat przy lądowaniu samolotu prezydenckiego?

    No bo krótko przed kwietniem to lotnisko zaczęło być likwidowane…

    Na to każdy musi sobie odpowiedzieć. Kiedyś dowiemy się, jak było. Wieża do końca potwierdzała pilotom kierunek i wysokość…

    Ale przedtem mówiła – warunków do lądowania nie ma…

    To prawda. Za tym powinna pójść następna komenda – zamknięte lotnisko. Tak się powinni zachować. Gdyby lotnisko było zamknięte, katastrofy by nie było.

    Gdyby lotnisko było zamknięte i prezydent spóźniłby się trzy i pół godziny do Smoleńska, z całą pewnością byłyby interpretacje, że Rosjanie uniemożliwili lądowanie celowo…

    Byłby skandal. Ale przyznasz, że większy skandal to jest jednak śmierć prezydenta. Wiemy, że kontrolerzy zachowali się sprzecznie z przepisami i w dodatku wprowadzali w błąd. Potwierdzanie dobrej wysokości, kiedy ona jest już niebezpiecznie zła, jest zastanawiające.

    To, że wieża mówiła: „Warunków do lądowania nie ma”, nie jest argumentem przeciw tezie o zamachu?

    To zawsze można na dwie strony tłumaczyć. Nie ma tu 100-procentowych dowodów. Natomiast jest oczywiste, że Rosjanie są niezainteresowani jakąkolwiek inną wersją niż ta, która obciąży pilotów. Przyjęli pewną wersję od samego początku. I bez względu na fakty jej bronią.

    Racja. Ale czy wy nie przyjęliście też swojej wersji, przeciwstawnej, której bronicie tak samo? Sprawa rzekomego telefonu por. Surówki do żony po katastrofie…

    Nie napisaliśmy, że to prawda. Napisaliśmy, że pewna grupa dziennikarzy tak twierdzi.

    Czy to nie przejaw takiej logiki: jesteście na tyle pewni swojej wizji sprawy smoleńskiej, że kiedy trafia do was coś, co ją potwierdza, to już nie zadajecie sobie trudu, żeby weryfikować. Bo to, co jest zgodne z waszą wizją świata, musi być prawdziwe…

    Powtórzę – zgłosiła się do nas grupa dziennikarzy spoza redakcji, która nam tę informację przekazała. Moim zdaniem popełniliśmy błąd, że nie próbowaliśmy dotrzeć do samej pani Surówki. Ale mówiliśmy, że to informacja do sprawdzenia i że rodzina zaprzecza. Zadaliśmy po prostu w tej sprawie pytania.

    Jest w Polsce konflikt polityczny, ostry i emocjonalny. Wina jest obustronna, moim zdaniem większa po stronie platformerskiej, ale zarazem gdy Śledzińska-Katarasińska mówi w Sejmie: „PiS-owcy mówią do nas jak do okupantów”, to ma sporo racji… Czy nie uważasz, że tu wpisuje się frazeologia przyjęta przez „Gazetę Polską”? Donald Tusk jest w zasadzie uznany za mordercę prezydenta.

    Nigdy nie napisaliśmy, że Tusk to morderca Kaczyńskiego.

    Wprost – nie. Ale wytwarzacie atmosferę, w której…

    Jak rozumiem, mamy odpowiadać za poglądy któregoś z naszych czytelników? Otóż nie, tak jak TVN nie odpowiada za poglądy Ryszarda C. Wpisywanie nas w taki kontekst służy degradacji. Z jednej strony odbiera się wiarygodność, a z drugiej próbuje odstraszyć pozostałych.

    Uważaj, bo cię sklasyfikujemy, że jesteś w „Gazecie Polskiej” i twoje zawodowe szanse będą mniejsze… A będziesz w „GP” niekoniecznie wtedy, kiedy będziesz do niej pisał, tylko jeśli będziesz zbyt dociekliwy w sprawie smoleńskiej. Nie musisz myśleć, że to zamach, ale wystarczy, że nie przyjmiesz wersji rządowej. Już jest po tobie, tak działa polski system medialny.

    Drukujecie rysunki – Komorowski w rosyjskiej czapce wojskowej, on i Tusk nakręcani kluczykiem przez Putina. Sugerujecie, że PO to ruska agentura. Można ich jako polityków oceniać najostrzej, ale czy to jest wobec nich fair?

    Nie sugerujemy, że to agentura. Uważamy natomiast, że większość ludzi sprzyjających Rosji to po prostu lobby rosyjskie. Nie mamy wiedzy, że Komorowski jest agentem, natomiast mamy sporą wiedzę na temat tego, jak sprzyja rosyjskim wpływom w Polsce.

    Komorowski i Tusk są zinstrumentalizowani przez Rosjan?

    To trochę przypomina czasy I RP, gdy obozy polityczne opierały się o obce ambasady.

    Platformę można porównać do targowicy?

    Nie, bo PO jest podzielona, tam są różne lobby. Widać silny nurt proniemiecki. Komorowski reprezentuje lobby rosyjskie….

    Wpływy Rosji w obecnej Polsce są porównywalne do drugiej połowy XVIII wieku?

    Są porównywalne do czasów saskich. W układzie geopolitycznym, który się stworzył, nie ma miejsca na wyjaśnienie sprawy smoleńskiej. To miejsce trzeba wyrąbać.

    Co rozumiesz przez układ geopolityczny?

    Moim zdaniem jest zgoda i Obamy, i Niemiec co do dominacji Rosji w regionie. Znaczna część elit politycznych w Polsce też się temu zaczyna podporządkowywać. W związku z tym, skoro Rosja ma mieć większe wpływy, a my prowadzimy śledztwo nieprzyjemne dla Rosji, to oznacza, że robimy coś wbrew trendom politycznym. Nie ma miejsca politycznego na taką aktywność. Ale to nie znaczy, że się nie pojawi. Koniunkturę może wytworzyć przez konsekwentne działanie. Tym bardziej że ciągle w badaniach większość społeczeństwa nie ufa oficjalnemu śledztwu. Tę koniunkturę może wytworzyć samo społeczeństwo. My w nią wchodzimy i wyniki sprzedaży gazety świadczą o tym, że absolutnie mamy w tej sprawie rację.

    Czy to nie jest tak, że fakt, iż większość społeczeństwa nie ufa śledztwu, jest dla obozu PiS-owskiego jedyną nadzieją? Czy w związku z tym takie ostre eksploatowanie tego tematu nie jest działaniem politycznym? Gdyby nawet zamachu nie było, to z punktu widzenia PiS należałoby go wymyślić…

    Nie jestem politykiem, więc skutki polityczne mnie nie interesują. Ci sami ludzie jednym tchem mówią, że PiS żeruje na sprawie smoleńskiej, i że to PiS potwornie szkodzi. Trzeba się na coś zdecydować. Kaczyński nie ma mediów, więc musi się porozumiewać ze społeczeństwem prostymi sygnałami. Smoleńsk jest czytelny. Jesteś tu albo tam. Z tego punktu widzenia zarysował się wyraźny podział, który w dodatku może przyjąć duża część obywateli.

    Stwierdzenie, że śledztwo jest źle prowadzone i że Rosjanie ukrywają swoje zaniedbania, nie jest tożsame z tym, że Tusk jest de facto mordercą prezydenta…

    Stwierdzenie, że istnieje odpowiedzialność polityczna za tę katastrofę, nie jest obce połowie społeczeństwa. Ale elity perswadują Polakom, że święty spokój w sprawie smoleńskiej to jest rzecz najpoczciwsza.

    Czy polskie elity są zinstrumentalizowane przez Rosjan?

    Niestety polskie elity w jakiejś mierze w czasach PRL się sprostytuowały.

    Dziś ich prorosyjskość nie wynika już z lojalności wobec Moskwy, tylko z akceptacji obecnego układu politycznego, którego zwornikiem jest rząd prowadzący politykę prorosyjską.

    Dlaczego rząd prowadzi politykę prorosyjską?

    Bo zna realia. Konflikt, który będzie wynikał z niezrealizowania interesów rosyjskich np. w sprawach gazowych, może kosztować ich władzę. Rosjanie mają wystarczające wpływy, żeby zafundować dyskomfort rządzenia, taki jaki miał Jarosław Kaczyński. Dyskomfort rządzenia Rosjanie stwarzali zresztą każdemu rządowi, który był prawicowy.

    Każdemu nowemu polskiemu rządowi, nie tylko prawicowemu.

    Ale szczególnie takiemu. Rosjanie byli zainteresowani tym, żeby każdy rząd, który nie realizuje polityki dla nich korzystnej, miał dyskomfort rządzenia. Jarosław Kaczyński go miał w sposób czytelny. Przy każdej sprawie akcentowano, że jest konflikt między Polską a Rosją. Tego konfliktu nie projektował rząd Kaczyńskiego, tylko Rosjanie.

    No, ja miałem wtedy wrażenie, że ten konflikt bywał też na rękę PiS

    Cokolwiek by Kaczyński zrobił, to i tak był konflikt, a winę zawsze Moskwa przerzucała na drugą stronę. Rosjanie przez wieki potrafili takie sytuacje doskonale wygrywać. Ostatnio doprowadzili to do perfekcji. Nie trzeba czołgów, szpiegów. Wystarczy podjąć kilka działań na poziomie dyplomatycznym i PR-owym, żeby doprowadzić do kryzysu w danym państwie. A jeżeli ma się jeszcze broń energetyczną… Moim zdaniem w tej chwili Rosja każdemu politykowi i państwu, które będzie grzebać w sprawie smoleńskiej, też sprawi dyskomfort rządzenia.

    Tusk i znaczna część elit to rozumie. Nie chodzi o to, że ktoś ich zabije, ale otoczenie, w którym będą działać, stanie się niekorzystne. Gdy wyobrazimy sobie do tego, jakie wpływy ma Rosja w biznesie, to zobaczymy skalę potencjalnych problemów. To jest tak, że jeden biegnie do mety bez obciążenia, a drugi z workiem kartofli. Ten worek Rosja nakłada każdemu, kto pakuje się w jej interesy.

    Kreml zna już wyniki śledztwa, zna je od pierwszych minut po katastrofie i złożył Polakom ofertę, żebyśmy to przyjęli. Inaczej będą duże kłopoty dla całego państwa i różnych osób. Spora część elit politycznych i mediów odpowiedziała – przyjmujemy. Nie chodzi o ustalenie, jak było, tylko o gotowość do przyjęcia wyłącznie jednej wersji katastrofy.

    Ja bym to widział inaczej, prościej – rząd poszedł na takie zachowanie w śledztwie z takiej przyczyny, z jakiej idzie na wszystko… Jedynym celem jest wdeptanie Kaczyńskiego w ziemię. Kaczyński jest antyrosyjski, a większość społeczeństwa wolałaby odprężenie z Moskwą, więc za wszelką cenę trzeba iść tam, gdzie są lepsze słupki…

    Jest jednak w tym wszystkim oczywista kalkulacja, że ten, kto jest miły wobec Rosjan lub jest przez nich choćby życzliwie przyjmowany, zyskuje ogromne profity polityczne. I w Polsce, i za granicą. Zyskuje je jednak często kosztem wspólnego dobra.

    Rzeczpospolita”
    Warto ją zamieścić.

    Thumb up 0 Thumb down 0

  • anna :

    A tutaj załączam link do symulacji lotu Pulkovo Tu 154 lot nr 612 z 22 sierpnia 2006, tego który zakończył się wspomnianą w artykule katastrofą. Co prawda jest to symulacja dokonana przez MAK, ale odglosy z kokpitu są mam nadzieję choć w części parwdziwe.
    http://www.youtube.com/watch?v=9uJHIzXQWXk&feature=related

    Thumb up 0 Thumb down 0

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters