Czy leci z nami “szturman”

Publikacja w serwisie: 08 January 2011
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , , ,

Z danych 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego wynika, że od roku 2002 żaden polski samolot wojskowy nie miał na pokładzie rosyjskiego tzw. lidera. Bo jest to niezgodne z procedurami NATO

Kiedy wydaje się, że stopień nasycenia dziennikarskiego mainstreamu bzdurami na temat przyczyn katastrofy na Siewiernym sięga już zenitu, do akcji wkracza niezawodny dr płk Edmund Klich.

I przesuwa granicę absurdu.

Polski akredytowany przy MAK dr płk Edmund Klich po dziewięciu miesiącach wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej, nagle, łamiąc wszelkie postanowienia załącznika 13 do konwencji chicagowskiej, obwieszcza, że główną jej przyczyną był brak w składzie załogi polskiego wojskowego samolotu rządowego tzw. lidera. Lider – rosyjski nawigator wojskowy, “szturman”, miałby, według Klicha, prowadzić korespondencję z “Korsarzem” i kontrolować manewry dowódcy polskiej załogi mjr. Arkadiusza Protasiuka przy podejściu do lądowania. W tym miejscu Edmund Klich powinien odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: czy jest to oficjalna przyczyna wyszczególniona w raporcie rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) i czy takie właśnie będą rekomendacje dla Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego (ICAO), by wszystkie obce samoloty, lądujące na lotniskach Federacji Rosyjskiej, posiadały obowiązkowo “rosyjskich szturmanów”? W jaki sposób Rosjanie mieliby sprostać tym wymaganiom i przeszkolić taką liczbę nawigatorów? A może płk Klich powinien działać z większym rozmachem? Dlaczego w tej sytuacji nie rekomenduje, by wynajmować w całości rosyjskie załogi na samoloty rządowe latające do Rosji? Albo nie wykonywać w ogóle lotów obcymi maszynami, lecz w formie tzw. wet leasing wynajmować rosyjskie samoloty z rosyjskimi załogami. Pozostając w konwencji logiki dr. Klicha, można też dojść do wniosku, że do katastrofy by nie doszło, gdyby wynająć Rosjanina (np. Władimira Putina), aby w imieniu Lecha Kaczyńskiego oddał hołd polskim oficerom w Katyniu. Można by zakładać, że Edmund Klich, jako były pilot wojskowy, powinien słyszeć o procedurach NATO, obligatoryjnych dla wszystkich lotów wojskowych państw Sojuszu. Zgodnie z nimi lider wprawdzie może być członkiem załogi, ale NIE MOŻE (tak jak wyobraża to sobie Edmund Klich) wykonywać jej obowiązków i – dajmy na to – prowadzić korespondencji radiowej. A taką rolę Klich nagminnie przypisuje liderowi. Lider także – według procedur NATO – nie może być w załodze nawigatorem, ponieważ nie ma prawa korzystać z zainstalowanych w samolocie urządzeń nawigacyjnych. Nie może też – jak to sugeruje Klich – niczego kapitanowi zabronić ani występować w roli kontrolera jego działań. Może tylko patrzeć i notabene pozbawić w ten sposób załogę nawigatora, zasiadając zamiast niego w środkowym fotelu. Jeżeli Edmund Klich czyni zarzut z tego, jakoby załoga Tu-154 była “niezgrana”, to jak długo rosyjski lider musiałby się z nią “zgrywać”? Musiałby też nauczyć się odczytywania wskazań amerykańskich urządzeń nawigacyjnych, całkowicie odmiennych od rosyjskich stosowanych w rosyjskich, wojskowych Tu-154. Skąd u Klicha pewność, że lider w kokpicie prawidłowo kontaktowałby się z polską załogą, a ona by go rozumiała, skoro jego zdaniem, nie znała rosyjskiego? Instytucja tzw. lidera to relikt okresu zimnej wojny, czasów Układu Warszawskiego. Jego zadaniem było utrzymanie ścieżki lotu po ściśle ustalonej trasie, tak by obca załoga nie zobaczyła niczego więcej, niż było jej dane. Obecnie, w epoce masowego użytkowania sztucznych satelitów Ziemi, także szpiegowskich, tego typu procedury są po prostu archaiczne i zbyteczne.

Miedwiediew przyleciał na Wawel bez lidera

Z danych 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego wynika, że od roku 2002 żaden polski samolot wojskowy nie miał na pokładzie rosyjskiego lidera. A w tym czasie wykonano kilkaset lotów w kierunku wschodnim, w tym kilkanaście do Smoleńska. Przynajmniej pięciokrotnie lądował tam Tu-154, trzykrotnie z mjr. Arkadiuszem Protasiukiem w składzie załogi. Większość lotów specpułku do krajów wschodnich, spoza NATO, wykonywał właśnie Protasiuk, ponieważ na tle innych pilotów odznaczał się szczególnie biegłą znajomością procedur panujących na tamtejszych lotniskach, również wojskowych. Major Protasiuk lądował na Siewiernym również 7 kwietnia jako drugi pilot z premierem na pokładzie. Pytanie więc, dlaczego Edmund Klich nie wytyka organizatorom tamtego lotu, że nie zapewnili wówczas rosyjskiego lidera? Zdaniem etatowego już “pomocnika” Edmunda Klicha na polu walki o dobre imię MAK, płk. Roberta Latkowskiego, Polska również ma swoich liderów i wymaga od obcych państw obecności takowych na pokładach ich maszyn. Mamy więc gotową przyczynę tragicznej katastrofy białoruskiego samolotu Su-27 w czasie międzynarodowych pokazów Air Show w Radomiu. Z pewnością gdyby to płk Latkowski był organizatorem pokazów, wyrugowałby obydwu pilotów z kabiny myśliwca, by posadzić tam siebie i Edmunda Klicha. Ale spokojnie, obydwaj panowie nie mieliby nawet szans wystartować taką maszyną, więc do tragedii by nie doszło. Mówiąc poważnie, czy panowie Klich, Latkowski i asystujący im płk Stefan Gruszczyk (prywatnie życiowy partner matki prezenterki TVN 24 Justyny Pochanke) wyobrażają sobie polskich liderów na pokładach samolotów rządowych Federacji Rosyjskiej, z premierem Putinem i prezydentem Miedwiediewem, którzy niedawno lądowali w Polsce? Dlaczego w takim razie owych liderów nie było na pokładach: Iła-96 Miedwiediewa i Tu-134 prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, lecących do Krakowa na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego? A warunki były o wiele bardziej niebezpieczne niż w Smoleńsku, ponieważ w powietrzu unosiła się zamiast mgły chmura pyłu wulkanicznego, przez co zamknięto wtedy całą europejską przestrzeń powietrzną.

Major na sto procent

Również na pokładzie Tu-154M, samolotu wojskowego Federacji Rosyjskiej, którym do Polski przyleciał szef rosyjskiego sztabu generalnego gen. Nikołaj Makarow nie było żadnego lidera. Teza, że brak lidera pogarsza bezpieczeństwo lotów, jest, obiektywnie rzecz biorąc, nie do obrony. Jak dowodzi MAK, 36. SPLT posiada jedynie instrukcję współpracy w załodze trzyosobowej (bez nawigatora) i był to dokument w języku rosyjskim. Warto więc zadać pytanie, w jaki sposób mjr Arkadiusz Protasiuk zdołał zdać egzamin w Dowództwie Sił Powietrznych ze znajomości tego dokumentu na 100 proc., drugi pilot, ppłk Robert Grzywna na 99 proc., nawigator kpt. Artur Ziętek na 95 proc., a inżynier pokładowy ppor. Andrzej Michalak – na 90 proc., skoro wszyscy, zdaniem Klicha, mieli jakoby nie znać rosyjskiego? Siódmego kwietnia mjr Protasiuk jako drugi pilot wylądował w Smoleńsku. Lot przebiegał wzorowo. Nie było żadnych problemów językowych w komunikacji z wieżą. Nie było wówczas również na lotnisku żadnych dodatkowych urządzeń wspomagających lądowanie. Siódmego kwietnia Protasiuk wiedział, że za trzy dni ponownie poleci do Smoleńska. Dlatego od wylądowania do momentu powrotu ze szczególną dokładnością zapoznawał się z topografią i wyposażeniem lotniska Siewiernyj. Był m.in. na wieży. Ósmego kwietnia Artur Ziętek dowiedział się, że jest wyznaczony do składu załogi, i bardzo dokładnie zapoznawał się z danymi nawigacyjnymi lotniska.

Dlaczego kontroler nie znał angielskiego

Edmund Klich stawia też załodze zarzut braku certyfikatów znajomości języka rosyjskiego, chociaż, jak zeznał przed sejmową Komisją Infrastruktury, sam nie zna tego języka. Jak więc osoba nieznająca konstrukcji tupolewa – jak sam oświadczył – nieznająca rosyjskich procedur wojskowych, która nie potrafi nawet porozumieć się po rosyjsku, może w ogóle reprezentować Polskę przy rosyjskim MAK, nie znając przecież języka partnera – jednego z międzynarodowych języków ICAO. Dziwi też, dlaczego Klich nie podnosi publicznie, że wystarczyło umieścić na wieży w Smoleńsku kontrolera rosyjskiego władającego biegle językiem angielskim, by mógł się swobodnie komunikować z polską załogą. Byłoby to zgodne z międzynarodową praktyką i znacznie lepsze od obecności tzw. lidera na pokładzie. Jeśli natomiast wierzyć MAK i ministrowi Jerzemu Millerowi, badającemu w Polsce katastrofę w imieniu premiera Donalda Tuska, jakoby na lotnisku obowiązywały procedury cywilne zgodne z konwencją chicagowską, to warto zapytać, dlaczego kontrolerzy “Korsarza” nie znali języka angielskiego i czy w takiej sytuacji lider w ogóle byłby na pokładzie legalny? Przecież, odwracając teorię Edmunda Klicha, do katastrofy by nie doszło, gdyby kontrolerzy znali język angielski, co w procedurach cywilnych byłoby ich obowiązkiem. Ale słowom Klicha przeczy w swoich zeznaniach nawet szef smoleńskiej wieży ppłk Paweł Plusnin. Jak mówił, na podstawie obcowania z załogą samolotu Tu-154 w dniu 10 kwietnia doszedł do wniosku, że załoga samolotu włada wystarczająco językiem rosyjskim i że stopień ten jest wystarczający do poprawnego rozumienia komend wydawanych przez dyspozytora lotów w trakcie prowadzenia komunikacji radiowej w celu zapewnienia bezpieczeństwa lotu. O profesjonalizmie dr. płk. Edmunda Klicha, polskiego akredytowanego przy Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym, świadczy najlepiej jego komentarz do niszczenia wraku polskiego Tu-154M przez Rosjan, gdy wybijano w nim szyby, cięto przecinakami mechanizację skrzydła, rozcinano przewody hydrauliczne i zgniatano buldożerem kadłub. Klich w wywiadzie dla “Naszego Dziennika” skomentował to zdarzenie tak: “Oczywiście powinno się do obchodzenia z wrakiem podejść troszeczkę ostrożniej, ale tak jak wspomniałem, za taki stan odpowiada pewne bałaganiarstwo ze strony rosyjskiej”. Takie postępowanie sytuuje go w roli pełnoprawnego akredytowanego, ale nie strony polskiej przy MAK, ale akredytowanego MAK przy mediach w Rzeczypospolitej Polskiej.

Katarzyna Orłowska-Popławska

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110108&typ=po&id=po01.txt

8 stycznia 2011

Oceń artykuł:
(5.00)
głosów: 10
tagi: , , , , , , ,

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters