BOR to nie dorożkarze

Publikacja w serwisie: 10 August 2011
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce

Z płk. Andrzejem Pawlikowskim, szefem Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

W raporcie Millera nie ma słowa na temat odpowiedzialności BOR za niezabezpieczenie wizyty prezydenta w Katyniu. Jest Pan zaskoczony?
- Stanowczo nie zgadzam się z przedstawionym 29 lipca br. stanowiskiem pana Jerzego Millera, ministra spraw wewnętrznych i administracji, a jednocześnie przewodniczącego komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, zrzucającym całkowitą odpowiedzialność z Biura Ochrony Rządu za fatalnie przygotowaną pod kątem bezpieczeństwa – w mojej ocenie – wizytę pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 roku na terenie Federacji Rosyjskiej. Pan minister Miller, odpowiadając na pytanie jednego z dziennikarzy, stwierdził, że Biuro Ochrony Rządu nie zawiniło w tej kwestii, i zaznaczył, wymieniając bodajże tylko trzy podstawowe zadania BOR, że Biuro Ochrony Rządu miało zadanie jedynie dowieźć pana prezydenta z Pałacu Prezydenckiego na lotnisko, a później odebrać go z lotniska w Smoleńsku i bezpiecznie dowieźć na miejsce ceremonii w Katyniu. Proponuję panu ministrowi Millerowi, zanim zabierze głos na temat form i zakresu działań Biura Ochrony Rządu, aby najpierw dokładnie zapoznał się z ustawą o Biurze Ochrony Rządu i wszystkimi rozporządzeniami ministra spraw wewnętrznych i administracji do tej ustawy, a nie sprowadzał w swych opiniach tak poważnej formacji do poziomu firmy usługowo-transportowej.

Instrukcja HEAD i ustawa o BOR zobowiązują szefa MSWiA do wyznaczenia sił i środków do bezpośredniej ochrony prezydenta?
- Tak. Więc pan minister Miller mija się tutaj z prawdą. W rozporządzeniach czy instrukcjach jest wyraźnie napisane, jakie są zadania BOR, a także i w innych dokumentach, czemu pan minister, wypowiadając się na ten temat, zaprzecza. Dla mnie dokumenty są bardziej wiarygodne niż słowo pana ministra. Podtrzymuję to, co już wcześniej powiedziałem, że BOR, a pośrednio także pan Miller jako nadzorujący i przełożony szefa BOR zgodnie z ustawą o BOR ponoszą – w mojej ocenie – odpowiedzialność za niedopełnienie obowiązków służbowych w trakcie przygotowania zabezpieczenia delegacji polskiej w zeszłym roku na terenie lotniska w Smoleńsku. BOR nie zajmuje się bowiem tylko – tak jak to powiedział pan Miller – zapewnieniem bezpiecznego przejazdu osób ustawowo ochranianych z punktu A do punktu B, ale ma w szczególności ustawowy obowiązek właściwie zaplanować zabezpieczenie osób, obiektów i urządzeń. Następnie Biuro Ochrony Rządu powinno rozpoznać i przeanalizować potencjalne zagrożenia, zapobiec ich powstaniu, skoordynować realizację działań ochronnych zarówno w kraju, jak i poza jego granicami, zabezpieczyć obiekty i urządzenia, mam tu na myśli także samochody i samoloty. Myślę tu też o koordynacji i nadzorze nad służbami ratowniczymi, takimi jak straż pożarna czy pogotowie ratunkowe, które powinny być w pełnej gotowości w celu udzielenia natychmiastowej pomocy w razie wypadku czy katastrofy. Do obowiązków BOR zarówno przed, jak i 10 kwietnia 2010 roku należało także m.in. sprawdzenie pirotechniczno-radiologiczne statku powietrznego Tu-154M z oznaczeniem bocznym 101 w celu wyeliminowania wszelkich urządzeń lub materiałów mogących stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia osób ochranianych, a także jego pokładu na obecność jakichś ewentualnych zainstalowanych urządzeń podsłuchowych. Przecież samolot wrócił z przeglądu w Samarze. Na to powinny być protokoły sporządzone przez BOR.

Minister tłumaczył, że funkcjonariusze BOR nie odpowiadają za bezpieczeństwo samolotu w locie. Nie znają się na systemach lotniskowych.
- Biuro Ochrony Rządu zgodnie z ustawą odpowiada za kompleksowe zabezpieczenie osób ochranianych, więc funkcjonariusze BOR powinni sprawdzać wszystkie czynniki, które wiążą się z przewozem czy pobytem pana prezydenta. Jeżeli nawet nie znaliby się na pewnych czynnikach czy działaniach, to po to mają odpowiednich specjalistów i instytucje, które mają pomagać Biuru Ochrony Rządu, żeby wszystkie sporne sprawy wyjaśniać i rozwiewać wątpliwości. Także BOR powinno domagać się dokumentów i pytać o to, czy wszystko jest w porządku, co powinno mieć swoje potwierdzenie w raportach końcowych. Przedstawiciele lotnictwa czy wojska powinni te raporty okazać funkcjonariuszom Biura Ochrony Rządu i przekazać ich egzemplarze czy kopie BOR w celu umieszczenia w teczce operacyjnej. Do obowiązków BOR należało sprawdzenie lotniska w Smoleńsku oraz terenu do niego przyległego, aby potwierdzić jego pełną sprawność i gotowość przyjęcia samolotu o statusie HEAD z panem prezydentem na pokładzie. Mam tu na myśli przede wszystkim sprawdzenie i potwierdzenie, czy wszystkie urządzenia działają prawidłowo na tym lotnisku oraz czy nie ma innych przeszkód technicznych i pogodowych mogących negatywnie wpłynąć na proces lądowania samolotu z panem prezydentem i delegacją na pokładzie.

Szef MSWiA, mówiąc o zabezpieczeniu lotniska, uznał, że to gestia gospodarza miejsca.
- Po to są wcześniejsze wyjazdy grup przygotowawczych i wcześniejsze ustalenia, żeby określić dla poszczególnych grup osób zadania i zakres ich odpowiedzialności. Oczywiście odpowiedzialność ciąży na kraju przyjmującym osobę ochranianą, z tym że funkcjonariusze BOR państwa goszczącego muszą te zadania koordynować. Jeżeli została tam wysłana grupa naszych funkcjonariuszy, a było ich tam dwóch plus pirotechnik – bo nie mówię tu o kierowcy pana ambasadora – to powinni być tam nie po to, żeby w połowie wizyty pana prezydenta zaczynać pracę, lecz aby koordynować wszystkie działania ochronne od momentu przekroczenia granicy państwa goszczącego. Pirotechnik i jeden funkcjonariusz odpowiedzialny za wizytę pana prezydenta na terenie Federacji Rosyjskiej powinni znajdować się na lotnisku w Smoleńsku już od momentu startu pana prezydenta z lotniska w Warszawie.

Gdyby BOR było świadkiem nieudanego podejścia Iła-76, mogłoby zainicjować proces przekierowania polskiego samolotu na inne lotnisko, poinformować załogę czy dowódcę pułku o brakach w infrastrukturze etc.?
- Dokładnie. Powinni procedować informacje, że Ił-76 nie wylądował, że są kiepskie warunki. Jeszcze raz podkreślę, tam, na miejscu powinien być pirotechnik. Wielokrotnie w historii działań BOR stwierdzono, że np. na terenie Polski samolot nie mógł wylądować na jakimś lotnisku, bo były złe warunki pogodowe, zbyt gęsta mgła, wtedy samolot był kierowany na zapasowe lotnisko. Były to informacje, które wychodziły od funkcjonariusza BOR odpowiedzialnego za dane lotnisko z tzw. grupy lotniskowej, oraz pirotechników, ludzi, którzy byli na miejscu, na lotnisku. Wiem, że dwa takie przypadki były z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Tych zabezpieczeń było multum. Należałoby sprawdzić w dokumentach znajdujących się w BOR. Co do miejsc, to zdarzyło się to na pewno w Krakowie i Łodzi, jak pamiętam, a także na mniejszych lotniskach krajowych. Nawet zdarzało się, że samolot nie wystartował z Warszawy na lotnisko docelowe z powodu mgły czy trudnych warunków pogodowych. Gdyby pirotechnik był na płycie lotniska w Smoleńsku, też mógł stwierdzić, że są tam niesprawne urządzenia, źle porozkładane latarnie, mógłby wtedy naciskać stronę rosyjską, żeby poprawiono stan tych urządzeń.

Na Siewiernym, jak ustaliła komisja Millera, nie działało 30 proc. systemu oświetlenia.
- To są sprawy techniczne, którymi powinien zainteresować się m.in. pirotechnik BOR. Ponadto były kiepskie warunki pogodowe, mgła. Pirotechnik powinien procedować informacje o złych warunkach pogodowych i niesprawności urządzeń na Siewiernym poprzez oficera odpowiedzialnego za zabezpieczenie wizyty pana prezydenta na terenie FR i oficera operacyjnego BOR, żeby ten ostatni powiadomił o tym dowódcę 36. specpułku i załogę Tu-154M, przekazując im informacje, że BOR nie wyraża zgody na lądowanie, bo stwarza to niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia pana prezydenta i osób mu towarzyszących. Gdyby tak postąpiło Biuro Ochrony Rządu, a mimo to piloci zdecydowaliby się na lądowanie, powiedziałbym, że BOR faktycznie zrobiło wszystko, co mogło, i winę ponosi wojsko. Tu jednak nie było żadnej interwencji ze strony BOR, piloci wykonywali błędne polecenia z wieży i w konsekwencji doszło do tragedii.

Po 10 kwietnia powinno być wewnętrzne postępowanie wyjaśniające w BOR?
- Te czynności powinny zostać wdrożone natychmiast z urzędu. Za moich poprzedników, jak również za mojej bytności w BOR, gdy wydarzył się jakiś incydent w Biurze lub miał z nim związek, zawsze była wszczynana czynność wyjaśniająca. Brak takich czynności po katastrofie smoleńskiej świadczy – według mnie – o braku chęci wyjaśnienia tej sprawy i wykazania błędów w Biurze Ochrony Rządu, ale o to trzeba byłoby zapytać obecnego szefa BOR, bo to on odpowiada za tego typu działania. Zastanawiam się tylko, dlaczego z góry przyjęto założenie, że BOR nie ma sobie nic do zarzucenia. By wykluczyć jego winę, trzeba by było podeprzeć się konkretnymi dowodami, a w przypadku ich braku wyciągnąć konsekwencje personalne. Nie rozumiem, dlaczego generał Janicki awansował po katastrofie smoleńskiej, dlaczego obecny rząd tak zaciekle go chroni.
Dam prosty przykład. To wydarzyło się kilkanaście lat temu, gdy pan prezydent Kwaśniewski wraz z małżonką przebywali z wizytą w Paryżu. Doszło wtedy do incydentu, w stronę pary prezydenckiej poleciały jajka. Po tym zdarzeniu na wniosek ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji został natychmiast odwołany ze stanowiska ówczesny szef BOR, pan generał Mirosław Gawor. W tym przypadku ginie prezydent Polski z osobami mu towarzyszącymi, a obecny minister spraw wewnętrznych i administracji pan Miller z obecnym szefem BOR panem Janickim śmią twierdzić, że nie mają sobie nic do zarzucenia, tak jakby nic nadzwyczajnego czy tragicznego się nie wydarzyło. Proszę porównać te dwa incydenty i wyciągnąć wnioski. Trzeba przedstawić konkretne fakty i dowody, że BOR nie ma sobie nic do zarzucenia, a nie tylko szermować politycznymi sloganami.

Zgadza się Pan z tezą, że minister Miller jest sędzią we własnej sprawie?
- Choć jestem zbulwersowany wypowiedziami pana Millera, nie dziwi mnie jego stanowisko, bo wskazując w raporcie winę BOR, jednocześnie wskazałby siebie jako osobę współwinną, politycznie odpowiedzialną. Zastanawiam się także, dlaczego wśród członków komisji nie znaleźli się eksperci od bezpieczeństwa najważniejszych osób w państwie, eksperci od zwalczania terroryzmu. Odnoszę wrażenie, że komisja Millera z góry założyła, że takiego wątku nie będzie badała, a taki wątek – według mnie – powinien być zbadany.

Raport polskiej komisji rozpisał dokładnie wszystkie przyczyny katastrofy na Siewiernym, pośrednie i bezpośrednie?
- W żadnym wypadku. Ten raport nic nowego nie wniósł, jedynie zrzucił winę na pilotów samolotu i na złe szkolenie w 36. specpułku. Dużą odpowiedzialność ponoszą tutaj polityczni przełożeni. Szefowie poszczególnych jednostek, widząc jakieś problemy w kwestii szkolenia czy logistyki, zawsze zwracają się do swoich przełożonych, czyli do ministrów, z prośbą o zwiększenie funduszy na dany cel, tak by mogli zrealizować ustawowe zadania. Niestety, politycy wielokrotnie nie odpowiadają na te potrzeby. Pokładam jeszcze nadzieję w niezawisłości prokuratury i polskiego sądownictwa i mam nadzieję, że prokuratura rzetelnie i uczciwie tę sprawę wyjaśni, przedstawi fakty na podstawie konkretnych dowodów i dokumentów. Wierzę, iż po jesiennych wyborach nowy rząd zajmie się rzetelnie wyjaśnieniem tej katastrofy, wykorzystując do tego celu wszelkie dostępne środki prawne, a osoby odpowiedzialne za doprowadzenie do tej tragedii odpowiedzą przed polskim wymiarem sprawiedliwości.

Dziękuję za rozmowę.

10 sierpnia 2011

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110810&typ=po&id=po19.txt

Oceń artykuł:
(4.50)
głosów: 8

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters