A jednak wybuch…

Publikacja w serwisie: 22 June 2012
Klikaj przycisk +1, aby osoby z listy kontaktów widzieli Twoje rekomendacje w wyszukiwarce
tagi: , , , , , , , ,

Kiedy uwaga publiczności skupiona jest na euroigrzyskach, trwają prace zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. W ostatnich dniach do trójki najbardziej znanych ekspertów komisji dołączył kolejny naukowiec, dr inż. Wacław Berczyński.

Dr inż. Berczyński przez 20 lat był konstruktorem wydziału lotniczo-zbrojeniowego firmy Boeing. Wystąpił 14 czerwca po raz pierwszy na forum zespołu, formułując kilka istotnych wniosków, dotyczących aktualnego etapu pracy komisji.

Kolejne dowody na wybuch

Berczyński w swoim wystąpieniu odniósł się do analizy dr. Grzegorza Szuladzińskiego z Australii. Ten ostatni w swoim raporcie stwierdził, że stopień zniszczeń tupolewa oraz analiza dostępnych danych pochodzących z amerykańskich odczytów TAWS i FMS wskazuje jednoznacznie na wystąpienie wybuchów w Tu-154M, a konkretnie dwóch następujących po sobie eksplozji – pierwszej w skrzydle, drugiej w kadłubie. Zdaniem Berczyńskiego o wybuchu w skrzydle, poza odłamkami i stanem wewnętrznym jego konstrukcji, świadczyć mają również wyrwane nity – elementy konstrukcyjne zaprojektowane tak, aby wytrzymały ogromne siły działające na skrzydło samolotu. Zdaniem Berczyńskiego rozerwanie struktury skrzydła w taki sposób, że wyrwane zostały również nity, świadczy jednoznacznie o działaniu olbrzymiej siły skierowanej od wewnątrz skrzydła na zewnątrz.

Dołączenie do zespołu kolejnego zagranicznego naukowca podnosi temperaturę debaty nad przyczynami katastrofy smoleńskiej. Dyskusja, w której po jednej stronie stają eksperci NASA, Boeinga czy US Army (jak w wypadku Szuladzińskiego), a po drugiej spece spod znaku FSB, zaczyna być dla obozu rządowego trudna do wygrania.
Przypomnijmy – sprowadzenie dyskusji o przyczynach zdarzenia na grunt naukowy oraz zwrócenie się w tej sprawie o pomoc do ekspertów stworzyło zaskakującą sytuację. W ciągu kilku zaledwie miesięcy naukowcy zdołali w sposób przekonujący obalić oficjalne ustalenia rosyjskiego MAK oraz polskiej komisji Millera. Naukowcy z USA, Australii oraz Wielkiej Brytanii wykazali sprzeczności w oficjalnych danych. Innymi słowy – niezależnie od tego, co wydarzyło się nad Smoleńskiem, na pewno nie stało się to, co opisały w swoich dokumentach rosyjskie i polskie komisje.

Kompromitacja salonowych ekspertów

Kontrolerzy ruchu medialnego w Polsce obserwują tę sytuację od dawna. Wiedzą, że duża część ekspertów pracujących dla zespołu Antoniego Macierewicza rozpoczęła pracę od analizowania oficjalnych danych i publikowania wyników w internecie. Tak długo, jak dane i wnioski dostarczali anonimowi współpracownicy, to choćby byli (a byli) wśród nich żołnierze, kontrolerzy lotów, piloci wojskowi i wszelkiej maści naukowcy – medialny mainstream był w stanie bagatelizować ich ustalenia. Problem pojawił się wraz z prezentacją badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Akron Ohio przez prof. Wiesława Biniendę, oraz zaprezentowanych mniej więcej w tym samym czasie analiz prof. Kazimierza Nowaczyka, znanego wcześniej w internecie pod pseudonimem „dr No”. Olbrzymią pracę analityczną wykonał też bloger „Ndb 2010”. Wnioski z tych badań są znane Czytelnikom „Gazety Polskiej”, nie będę więc ich przytaczał.

Dość, że nagle z propagandowego punktu widzenia stało się jasne, że wszyscy zebrani razem „eksperci” polskich komisji badających katastrofę Tu-154 nie mają podstawowych kompetencji do wykonywania tak skomplikowanej pracy badawczej, niezbędnej do wiarygodnej analizy katastrofy. Kompromitacja tych osób, której świadkami byli widzowie programu „Bliżej” Jana Pospieszalskiego, stała się jasna, rozpoczęto więc poszukiwanie anty-Biniendy. Propagandowa gra wokół komisji odbywa się ciągle wokół nierozwiązanego przez salon problemu: co zrobić z badaniami Biniendy? Rozwiązaniem miał być autor bloga „Fizyka smoleńska”, astrofizyk, mieszkający w Kanadzie prof. Jan Artymowicz.

Koncesjonowany naukowiec

Wspomniane rozwiązanie wydawało się idealne. Kanadyjski profesor powie, że ustalenia zespołu Macierewicza to hucpa i że brzoza pod pewnym kątem i w pewnych warunkach to ewentualnie mogłaby…, że naukowcy „od Macierewicza” wszystko pomieszali, że ogólnie „nie ma sensacji”. No ale w szczegółach narracja drze się jak stara szmata. A to prof. Nowaczyk wykaże, że na blogu prof. Artymowicz pomylił w wykresie oś X z osią Y, a to okaże się, że do Pasadeny na konferencję naukową Artymowiczowi jest za daleko. A to że na Uniwersytecie Jagiellońskim nie bardzo można się spotkać, za to w Białymstoku chętnie, tylko nie tym razem. Że „oczywiście, oczywiście bardzo chętnie”, z tym że niekoniecznie dzisiaj. Kiedy w końcu do prof. Artymowicza dociera oficjalne zaproszenie na posiedzenie zespołu parlamentarnego, okazuje się, że profesor w tym samym czasie „ma spotkanie z prokuraturą”, a w ogóle to odsyła do swojego bloga, na którym informuje, że „neutralnym miejscem do dyskusji naukowej nie powinien być Sejm RP, lecz na przykład studio telewizyjne”. Obserwator zachodzi w głowę: ale które? Czy kozetka u Tomasza Lisa? Czy może poranek u Jarosława Kuźniara? Wreszcie może szoł Kuby Wojewódzkiego?

Winston Churchill powiedział kiedyś: „Ludzie czasami potkną się o prawdę, jednak prostują się i idą dalej, jakby nic się nie stało”. To właśnie prof. Artymowicz jest naukowcem, który tematem smoleńskim zainteresował dr. Szuladzińskiego z Australii. Szuladziński po zapoznaniu się z dokumentacją i przeprowadzeniu analiz… wygłosił pogląd sprzeczny z oczekiwanym przez Artymowicza i wypalił z niezmąconym spokojem: „Są odłamki, musiał być wybuch. W niczym nie zmieniło to dobrego humoru i polemicznego zacięcia astrofizyka z Kanady, który odniesie się do błędnych badań swoich kolegów, ale dopiero po tym, jak wróci z Radomia. Do którego jednak na razie się nie wybiera.

http://niezalezna.pl/30212-jednak-wybuch

21 czerwca 2012

Oceń artykuł:
(5.00)
głosów: 2
tagi: , , , , , , , ,

Komentarze są zablokowane.

Po przekroczeniu granicy rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim zmierzającym 10 kwietnia do Smoleńska na miejsce katastrofy miał zwolnić, a następnie krążyć po mieście. W tym czasie premier Donald Tusk rozmawiał z Władimirem Putinem. Według ustaleń Polskiego Radia, trasę z Witebska do granicy białorusko-rosyjskiej konwój z Jarosławem Kaczyńskim, który zmierzał do Smoleńska, by zidentyfikować ciało prezydenta RP, pokonał bardzo szybko. Tuż po przekroczeniu granicy rosyjskiej zwolnił. Pokonanie około stu kilometrów z Witebska na miejsce tragedii zajęło blisko trzy godziny. – Bardzo sprawnie dojechaliśmy do białorusko-rosyjskiej granicy. Tam 40 minut sprawdzano nam dokumenty, mimo że mieliśmy paszporty dyplomatyczne. W drodze do Smoleńska eskortowała nas już rosyjska milicja. Jechaliśmy bardzo wolno, około 25-30 km/h - relacjonował jeden z członków delegacji Adam Bielan. Delegacja pytała konwojujących milicjantów o powody tak wolnej jazdy. W odpowiedzi mieli usłyszeć, że takie mają rozkazy. Jeszcze przed Smoleńskiem pojazd z prezesem PiS został wyprzedzony przez kolumnę z premierem Tuskiem, który na Białorusi wylądował kilkadziesiąt minut po Kaczyńskim. Potem autokar z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze krążył po mieście. W tym czasie premierzy Polski i Rosji odbyli spotkanie. Informacje te miał zweryfikować Piotr Paszkowski, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Co się dzieje

Stało się
i dzieje w dalszym ciągu
i będzie dziać nadal
jeśli nic się nie stanie co to wstrzyma.



Niewinni nie wiedzą o niczym
bo są zbyt niewinni
Winni nie wiedzą o niczym
Bo są zbyt winni



Biedni nie pojmują tego
bo są zbyt biedni
Bogaci tego nie pojmują
bo są zbyt bogaci



Głupcy wzruszają ramionami
bo są zbyt głupi
Mądrzy wzruszają ramionami
bo są zbyt mądrzy



Młodych to nie obchodzi
bo są za młodzi
Starych to teź nie obchodzi
bo są zbyt starzy



Dlatego nic się przeciw temu nie dzieje
i dlatego to się stało
i dlatego to się dzieje
i dziać będzie nadal



- Erich Fried -
free counters